Pod koniec czerwca przyszła fala upałów. Było gorąco jak w piekle, ale nic nie zapowiadało zmian w życiu. Leżałam jeszcze w łóżku, kiedy napisała do mnie mała P., że po jej osiedlu błąka się mały kiciuś. Trochę zbyt mały i zbyt samotny, żeby przetrwać życie na ulicy i ponad czterdzieści stopni na termometrze. Wiesz, ja nie chciałam kota. Zły moment. Mąż małej P. obdzwaniał kocie fundacje, ale bez jakiegokolwiek skutku. Trudna sytuacja: tu upał, tu kiciuś, u nich w domu trzy koty, a u mnie niezbyt wiele chęci. Ale chęci swoje, a serduszko swoje. Powiedziałam "przywieźcie mi go, przechowam dopóki nie znajdziemy mu domku". Kotek okazał się dziewczynką, niewyobrażalnie mruczącą, słodką, puchatą kuleczką. Mięciutką, z wielkimi uszami i wielkimi oczami. Przepadłam. Minął ponad miesiąc, kotka ma na imię Nagato i jest moja na zawsze. Śpimy razem w łóżku, z osiołkiem Kłapouszkiem.