Chciałabym zapytać, kto do cholery odebrał mi wenę? I to w tak bezczelny sposób, że sklecenie kilku linijek przychodzi mi z ogromnym trudem. Proszę o natychmiastowy zwrot natchnienia, albo o zainspirowanie mnie świeżymi bodźcami.
o pewnych rzeczach nie mówi się na forum, nie informuje się o nich publicznie, ale ukrywać nie muszę, że jestem zmęczona. że pragnę zupełnie czegoś innego, a każdego dnia powtarzam sobie, że przecież jest dobrze, bo musi być. no właśnie musi.. tak często słyszę, że ja z Nim MUSZĘ być szalenie szczęśliwa.. bo przecież ja kocham, On kocha.. problem polega na tym, że ja nic nie muszę. oczywiście mam w sobie wiele z tej cudownej, pięknej romantycznej miłości - dopijam Jego herbatę kiedy pójdzie, trzymam Go za rękę, głaszczę po policzku, czy wtulam się w poduszkę przepełnioną Jego zapachem, ale mam też w sobie zasady, tej wrednej złośnicy, która we mnie siedzi - która chce postawić na swoim, albo przynajmniej zrozumieć pewne zachowania, która chce czuć się szanowana i ważna, słuchana i rozumiana. nie wiem co się ostatnio we mnie zmieniło, ale z euforycznego stanu zakochania, wróciłam w końcu na ziemię. z bolesnym upadkiem i siniakiem na tyłku. pragnę czegoś więcej, czegoś innego, o czym mówić nie mogę, bo pewne rzeczy są zbyt trudne do zrozumienia przez nas samych, co więcej zbyt trudne by komuś o nich opowiedzieć.
nie chcę być odbierana jako narzekająca na swój los - jest dobrze, matura za mną, Świetny Facet obok mnie, szczęście w kieszeni i 4 miesiące wakacji przede mną, ale... pewne rzeczy trzeba zmieniać, pielęgnować, odnawiać, bo inaczej nie będzie dobrze..
z poważaniem,
mała zazdrośnica.
aa co do komentarza z poprzedniej notki:
angielski 18pkt, polski 20.