ok, zarzucam samojebką, żebym pamiętała jak wyglądam pomalowana, oporządzona, uczesana i umyta, bo przez ostatnie większość czasu jestem odrażająca, nie-zrobiona, niedbała, nieumalowana i chodzę z brudnymi włosami. żebym mogła sobie spojrzeć od czasu do czasu.
nie mam żadnej mocy twórczej, ostatnio. snuje się trochę bez celu i nie mogę znaleźć żadnego ujścia, bo to fizyczne odpada. martwi mnie trochę dużo rzeczy i tłumię w sobie to wszystko. dochodzę do etapu wyrzucania sobie różnych błahostek, analizowania wypowiedzi, nie wiem, czy wiesz, ale nawet teraz myślę o tym co mówiłeś, by znaleźć jakieś drugie dno. łapię się na tym, że w mojej głowie wciskam innym w usta przeróżne słowa, a te układają się w zdania, które najbardziej na świecie chciałabym usłyszeć. gdy milczę, wyobrażam sobie co mogłoby się dziać, gdybyśmy byli inni, ale tak właściwie to nic z tym nie zrobię. czuję się trochę jak cień, niektóre rzeczy nie dają mi żyć. uwielbiam powtarzać moją mantrę. nie potrafię rezygnować z rzeczy, które sprawiają mi ból, bo znajduję w tym bólu jakąś chorą, pokrętną przyjemność, której nawet teraz nie mogę określić. ostatnio jestem w mistrzynią w robieniu wszystkiego wbrew sobie, może staram się udowodnić sobie samej, że wszystko co wybieram jest słuszne. po cichu zastanawiam się, czy ktoś naszkicuje za mnie granicę, bo jestem zbyt słaba, by zrobić to sama. boję się, że mogę dalej nie wytrzymać, podziwiam tych, którzy potrafią przechodzić przez wszystko bardzo leciutko, ledwo muskając stopami ziemię, wówczas gdy ja stąpam ciężko brudnymi buciorami po błocie. ale pewnego dnia zabiorę wszystkie pieniądze Twojego ojca, kupię sobie najbardziej szykowne szpilki z wężowej skóry Jimmy'ego Choo rozmiaru trzydzieści dziewięć i sprężystym krokiem skieruje się ku wyjściu, bez wahania, odwracania głowy, nie będę płakać. wiesz, zrobię to tak, jakby nic już nie miało znaczenia.
New York, I love you,
but you're bringing me down.