|
2011/11/17
|
||||||||||
|
||||||||||
|
||||||||||
ostatnio nie mam dla siebie słów nawet.
wydawało się, że nagle wszystko idzie dobrze.
płakałam tęczą nad swoim małym powodzeniem.
drżącymi rękoma odbierałam informacje o szczęściu.
wierzyć się nie chciało, że udał się ten sercowy zabieg.
że naprawdę zobaczę stolicę oczami koreańskiego chłopca.
tak cieszyłam się z Warszawy, a ona daje problemów więcej.
niżli szczęścia mogło zmieścić się w moim małym sercu.
nachodzi obrzydliwa pokusa niepewności jutra.
wrażenie, że nie dam rady znów opętało myśli.
tak bardzo brakuje ostatnio zwykłego człowieka obok.
z ciepłą ręką, ze zwykłym bytem w tej samej przestrzeni.
tak bardzo brakuje ostatnio myśli i działania twórczego.
odmrażam sobie dłonie w kolejny samotny wieczór.
cztery ściany zamykają się przed nosem wyobraźni.
ukrywam między nimi swój byt, upycham w nie strach.
nie chce sam zginąć naturalną śmiercią przyzwyczajenia.
wyłazi wrednie z każdym dniem i przykleja sie do podniebienia.
liżąc go, z każdym oddechem połykam go bardziej wgłąb siebie.
lśni na wargach lód z wymęczonych łez, z lęków przed ludźmi.
wystarczy jedna chwila i w sobie zniknę na waszych oczach.
mało kto poczuje powiew mojej duszy, gdy ulecę gdzieś obok.
zagłębiam sie w ciepłe odmęty skołatanej przerażeniem psychiki,
nie umiem chodzić po ulicach jak dawniej, w żółtych szpilkach.
nie śpiewam piosenek i nie piszę więcej wierszy o niczym.
uschły gdzieś wewnątrz malutkie zarodki ogrodów mentalności.
zapatruję oczy i duszę na azjatycki twór ludzkich marzeń.
i topię w nim swe smutki i pragnienia jak w wódce niegdyś.
chodze czysta zewnętrznie, a w środku płaczę ostatnim tchem.
opowieści o jednorożcach i tęczy ukrywają prawdziwą twarz.
dezynfekuję się ze społeczeństwa, z tego sztucznego nalotu.
nie wierzę w nic co ludzkie i bliskie niegdyś było sercu.
zgubiłam sens patrzenia ludziom prosto w oczy.
zamiast nich, patrzę w niebo, szukam samolotów.
może jeden zabierze mnie do kraju wyobrażeń i snów.