Jest trzy po trzeciej, a ferie się kończą.
Tak tu wstąpiłem, bo kto pod wpływem bezsenności nigdy nie dostał natchnienia? Dobrze wyładować się trochę mając sto myśli na minutę, chciałbym wylać je najpiękniej jak to sobie wyobrażam, ale nie potrafię, poza tym w głowie autocenzura. Chciałbym pisać jak Hrabal, żeby ktoś zabierał się z takim zapałem jak ja do jego Protokołu z sekcji własnych zwłok, a po 10 stronach stwierdził, że czytanie tego to nonsens, że i tak tego nie rozumiem. Gdybym potrafił posługiwać się metaforami czy pisać z przymrużeniem oka to wylałbym tutaj problemy, ale nie potrafię i pewnie byłyby uważane za użalanie się nad sobą albo za kolejny wpis nastolatka niewiedzącego nic o prawdziwych problemach, których w Internecie jest już mnóstwo. Mogę napisać o tym co się działo ostatnio, taki rachunek sumienia bez ujawniania co mnie w tym irytuje i bez wątków najważniejszych. Tak, jak wspomniałem już wcześniej kończą się ferie. Ferie pełne picia, beztroski, przemyśleń małych, dużych, pełne wahań osobowości i takich innych historii. Przez pewien okres codziennie siedzieliśmy w piwnicy często wałkując te same tematy, paląc tony tytoniu, pijąc litry płynów, chyba tylko choroba mogła przerwać to wszystko. Przyjdzie szkoła, mniej czasu, więcej pieniędzy i te posiedzenia staną się ciekawsze bo przecież trzeba porozmawiać z kimś normalnych wracając ze szkoły, w której jest pełno idiotów, na których trzeba spoglądać z politowaniem codziennie. W teorii mógłbym robić coś zupełnie innego, ale jak to często bywa praktyka przeczy teorii bo co robić, kiedy za oknem zima, a zdrowie płata figle? Mogę rysować, jednak denerwuje mnie to, że żeby dojść do jakiegoś poziomu, który potrafi usatysfakcjonować trzeba ćwiczyć, a ja nie mam za grosz cierpliwości, chcę wszystko od razu. Chciałbym wziąć moją Ropuchę za rękę, pójść gdzieś daleko i po prostu cieszyć się z życia, słuchać marudzenia leżąc gdzieś daleko, rozmawiać o wampirach, napić się wina i uciec od zgiełku, tak sami przeciw wszystkim problemom, których niestety jest coraz więcej. Dzisiaj jest czternasty lutego i wcale nie czuję się jakbym kochał bardziej, nie czuję potrzeby pokazania miłości zbyt dużej, takiej, której nie okazuję codziennie. Czy nie wspaniały jest każdy pocałunek z miłością, każde spojrzenie czy dotyk? Czy to wszystko smakuje bardziej w ten właśnie dzień? Racja jest w tym, że dziś kocham bardziej niż wczoraj, ale za to słabiej niż jutro. Schodzę trochę na dziwne tematy, a mój film już się ściągnął, więc pora spadać, przecież i tak za dużo czasu już poświęciłem tej notatce, a jak powszechnie wiadomo długość notki jest odwrotnie proporcjonalna do ilości osób, które ją przeczytają. No nic, trzeba wywietrzyć pokój z dymu papierosów, otworzyć kolejną paczkę czipsów(marzy mi się słonecznik) i zacząć oglądać film. Do kiedyś tam.
Impos animi