I tak się czasem zastanawiam jaki to wszystko ma bądź miało sens. Tak bardzo mi ich brakuje, tak nie pomyliłam się właśnie ich. Dwóch najważniejszych facetów w moim życiu ostatnimi czasy <nie licząc mojego najcudowniejszego tatusia!>. Dochodzę do wniosku, iż nie warto ufać, wręcz nie wolno pokazać całej siebie dać tyle ile by się chciało dać dla pełni szczęścia. W tym chorym świecie jest to po prostu surowo karane. Godziny załamań, potoki wylanych łez, setki SMS'ów. I to najważniejsze, pęknięte serce. Teraz już nawet nie jest w całości. Każdy z nich odchodząc zabrał ze sobą jakąś cząstkę mnie, bez której już nie jestem tą samą 'Bajką'. Dzięki nim mogłam się zmienić, wydaje mi się, że nawet dorosnąć. Teraz widzę jak wiele im zawdzięczam, z pamięci usilnie wymazuję każdą wyrządzoną mi krzywdę. To takie trudne, ale zdecydowanie jest to najlepsza linia obrony. Nie chcę wypominać Im wszystkiego co było złe, nie chcę już chyba wracać do tego co było, nie chcę się już w tym wszystkim dusić. Chciałabym zacząć życie zupełnie od nowa i wyznawać zasadę 'tak jakbyśmy się nigdy nie poznali' tak byłoby łatwiej. Nikt by nie miał pretensji do nikogo... Szkoda tylko, że to jest nierealne.
Środek nocy, nieprzeczytany SMS chwilę później telefon, cisza w słuchawce... Kolejny SMS i koszmar zaczyna się od nowa. Om przypomina sobie o moim istnieniu zawsze nocą, wtedy kiedy jestem najbardziej wykończona i kiedy nawet nie potrafię być zła. Czuję się inna. Propozycja odwiedzenia mnie w nocy, szybsze bicie serca i nagły racjonalizm. Odmówiłam, choć tak bardzo chciałam go zobaczyć, chociaż na chwilę. Chciałam wiedzieć, że jest w stanie coś jeszcze dla mnie zrobić. Ale nie mogłam, nie mogłam pozwolić sobie na kolejną dawkę cierpienia. Nie mam jeszcze wystarczająco sił, żeby się z nim zobaczyć, wiedziałam czym by się to skończyło, mam na myśli wielogodzinny płacz i złudne nadzieje. Jeszcze nie teraz, może kiedyś jak zwykli znajomi, pozbawieni jakichkolwiek uczuć do siebie. Do takiego stanu trzeba nas oboje doprowadzić. Nie wolno nam rujnować sobie życia, nie wolno też psuć tego co udało się zbudować drugiej osobie. Musimy walczyć z tym, żeby już nic nie czuć. W tym aspekcie On jest lepszy ode mnie, bardziej wytrwały, mniej wrażliwy. Jemu przychodzi to łatwiej, a mi jest potrzebna znaczna ilość czasu, żeby móc jako tako się pozbierać i normalnie funkcjonować.
W sumie gdybym tylko wiedziała, co da się jeszcze zrobić żeby wróciły te jakże cholernie cudowne czasy, żeby On znów był przy mnie, żebym dostała ta pewność na której mi zależy. Nie dałabym już za wygraną. Oddałabym całą siebie byle by było po prostu dobrze, pewnie i szczęśliwie!
I'm olny afraid of losing you forever.
Fragment mojego pamiętnika, pisany jakiś czas temu. Właśnie zdałam sobie sprawę jak bardzo ślepa byłam i jak bardzo ufałam i wierzyłam w to, że ktoś taki jak On nie może być zły, że każde zachowanie da się wytłumaczyć. Dziś już tak nie jest, wszystko się zmieniło zasada 'Tak jakbyśmy się nigdy nie poznali' ujrzała światło dzienne, nie jest łatwiej ale jest zdecydowanie lepiej. Mijanie się co jakiś czas w różnych miejscach, ułamki sekund, w których na siebie spoglądamy, tylko tyle dziś zostało. Nawet zwyczajne 'cześć' nie chce przejść przez usta. To zdecydowanie duży krok na przód. W końcu kiedyś trzeba było ruszyć, prawda? Nie koniecznie musi być to zgodne z naszymi uczuciami, ale ważne że w takich sytuacjach da się jeszcze kierować rozumem. Spojrzeć na to trochę z dystansu i zobaczyć jak wiele się poświęca, jak bardzo stara się kogoś tłumaczyć i usprawiedliwiać. Cieszę się, że w końcu udało się powiedzieć 'dość'. To ciężkie, nawet bardzo - nie powiem, że nie, ale tak po prostu musi być. Może za jakiś czas będzie normalnie, może 'cześć' przejdzie nam przez gardło, może nawet pójdziemy krok dalej, zapytamy co u nas słychać i nie dlatego, że wypada, tylko po prostu dlatego, że nas to interesuje, że wciąż czujemy potrzebę rozmawiania ze sobą. Wydaje mi się, że dojrzałam do tego, żeby pozwolić odchodzić jeśli ktoś czuje taką potrzebę, że nauczyłam się wiele, że powinnam dbać o swoje dobro, nie można przecież zbawić świata, samemu rozsypując się na kawałki...
Jutro już piątek - w sumie długo wyczekiwany, powinnam się uczyć. To jeszcze nie koniec tego tygodnia. Ale jeszcze nie potrafię się do tego zmusić, biorę kubek z ulubioną herbatą, ulubioną książkę do ręki, wybieram się do mojego łóżka, 'zakopuję' się pod kołdrę i zaczynam czytać. Lubię to, zdecydowanie. Obok mnie leży telefon, już nie słychać tak często dźwięku `I see you.. I see you...` kiedy przychodzi SMS tak samo często jak kiedyś. Ale co z tego? Przecież wiem, że o mnie pamięta. Wiem, że co jakiś czas myśli o mnie, przecież ja robię dokładnie tak samo nie przyznając się do tego.
Kocham , uśmiechać się w tym samym momencie co Ty !