Nakrzyczałam na nastolatkę. Zdenerwowała mnie jej potrzeba posiadania miliona przyjaciół na n-k i zapraszanie obcych ludzi [w tym mnie właśnie] do grona znajomych. Nie znam jej, nie życzę sobie.
Siedziałam dłuższy czas i wpatrywałam się w puste pole edytora tekstu z zamierzeniem napisania pierwszych słów, zdań i stron mojej pracy licencjackiej, ale zrezygnowana oparłam czoło o biurko, aż zrobiła mi się na samym środku bruzda niczym Wielki Kanion.
Jestem w tym tygodniu absolutnie rozkojarzona, wsiadam do złych tramwajów, wstaję o zbyt wczesnej godzinie, nie rozumiem co do mnie mówią ludzie i nazbyt często myślami odlatuję w jakąś bliżej nieokreśloną czaso-przestrzeń, żeby potem zostać z niej brutalnie wyrwana przez rzeczywistość. Trzeba się skupić, studia się same nie skończą. Niezmiennie towarzyszy mi mój przyjaciel niepokój, odbijając się na moich myślach, zachowaniach i rzeczach, które mówię [nie tylko do siebie].
W ramach ucieczki od nieprzyjemnych myśli i niezbyt dobrych perspektyw zaznaczam pojedyncze punkciki na moim google earth, a potem je łączę w trasy albo zostawiam samotne. Cieszę się widząc siatkę lotów, które są już za mną, kropki oznaczające miasta, które miałam przyjemność w większej lub mniejszej części zobaczyć i malutkie kwadraciki obiecująco świecące jasną zielenią, przypisane do miejsc, które odwiedzę choćbym miała na to pracować aż do emerytury.
brakuje mi zdjęć, ale brakuje również chęci.
pisanie nie przychodzi mi tak łatwo, jak kiedyś, czego efekty macie średnią przyjemność poznawać tutaj właśnie.
a tak pozatym, jestem całkiem radosna.. ;)