- Załóż swojego fotobloga!zarejestruj|
- dyskutuj na forum|
- zaloguj
|
2009/02/06
|
|||||||||||||||||||||||||||||
|
|||||||||||||||||||||||||||||
Kategoria:
Nowy Świat
|
|||||||||||||||||||||||||||||
Nie wiem, jak dla Was, ale dla mnie piątek zaczął się doprawdy uroczo: o 8.30 nadziałam
kalosze i chcę wychodzić do fabryki, kiedy odkrywam brak kluczy. Oczywiście poprzedniego
dnia wzięła je ode mnie Córunia, bowiem jej z kolei wziął Chłop. Akcja: nerw - telefon do
teściów, żeby ktoś przyszedł popilnować mieszkania na chwilę - czekanie - nerw - bieg do
szkoły - czekanie pod klasą na dzwonek - nerw - dzwonek, odebranie kluczy, uśmiech
wychowawczyni i zaproszenie do środka - nerw - zawiadomienie, że poprzedniego dnia Córunia
skroiła z ostatniej lekcji - nerw - powrót do domu - zwolnienie strażnika - bieg na tramwaj
- nerw - wyciągnięcie z plecaka awantiurnowo detektiwa i ukojenie nerwów przy lekturze
rozgrywek gangsterów :)
A kto chce ukoić nerwy czytaniem o blaskach i cieniach życia artystów - niech odwiedzi
najbliższą bibliotekę (bo w księgarniach to już chyba raczej nie znajdzie) i pożyczy sobie
Marii Rostworowskiej Portret za mgłą. Opowieść o Oldze Boznańskiej. Poczyta tam takie
historie:
Legendarna była miłość Boznańskiej do zwierząt [jak to zresztą wyczaiły Hucianka, Jitka i
Annekepa]. Mieszkając w Paryżu w cudzym domu nie mogła sobie pozwolić na trzymanie takiego
zwierzyńca, jaki jej się marzył - musiała poprzestać na psie, kanarku i myszkach. Myszy
uważała za rozkoszne towarzyszki swej pustelni. Kłóciła się o nie i zrywała z wieloma
osobami, nie dała sobie wytłumaczyć, ile przez nie traci: wszak budziły popłoch wśród
odwiedzających ją pań.
Sprytna żona malarza Czadekowskiego w odpowiedniej chwili, gdy bogata Amerykanka wybierała
się do pracowni Boznańskiej, rzuciła niby od niechcenia:
- A nie będzie się pani bała myszy?
I opowiedziała o nich, jak setkami gonią po mieszkaniu, co również potwierdził mąż. To
wystarczyło do odstraszenia Amerykanki od pójścia i zamówienia portretu u malarki. Za to
Czadekowski zrobił nowy portret. Gdy na ten fakt zwrócono uwagę Boznańskiej, nie uwierzyła w
złe intencje. Wszak oboje Czadekowscy odwiedzali ją, są tacy serdeczni.
Pewne grono osób odwiedzających artystkę uknuło spisek na życie myszy. Kupili zatrutej
pszenicy i nieznacznie rozsypali po różnych kątach pracowni. Skutek był doskonały, bo po
paru dniach znalazła artystka pozdychane zwierzątka. Niestety odkryła przyczynę ich zgonu.
Zawrzała gniewem na nieznanych sprawców, pokłóciła się i zerwała stosunki z pewnymi osobami,
które podejrzewała o ten czyn.
W późniejszych latach na Steinwayu Olgi nie dało się już grać, w jego wnętrzu bowiem
znajdowało się wielkie gniazdo myszy, a wszystkie niemal struny były poprzegryzane.
Wieczorem Olga zapalała stojące na podłodze lampy naftowe, by idąc do łóżka nie rozdeptać
przypadkiem jakiejś wędrującej włąsnymi ścieżkami myszki. Zazwyczaj opuszczały norki w porze
karmienia.
Zatruwała jej życie inna sprawa dotycząca zwierząt. Oto naprzeciw jej pracowni usadowił się
lekarz, który robił wiwisekcje na myszach, szczurach, królikach i innych zwierzątkach.
Piszczały one, wrzeszczały, darły się. Artsytka otwierała wtedy okno, zwłaszcza jak doktor
się ukazał, i wymyślała mu od mordercy, zbója, bandyty, łotra, co zaczepiony przyjmował z
szyderczą obojętnością. Biedna wielbicielka zwierząt zwracała się do Towarzystwa Ochrony
Zwierząt, do prefektury policji, do filantropijnych stowarzyszeń, wszystko to nic nie
pomagało.
Po myszach najważniejsze były pieski. W Paryżu zabierałą je ze sobą nawet do kina, natomiast
w Krakowie kontroler zabronił jej wejść z Ki-ki na salę, co wywołało jej wielkie oburzenie i
utwierdziło w przekonaniu, że Kraów jest miastem dusznym i prowincjonalnym. Kiedy Bobi
zrobił siusiu w paryskim tramwaju, Olga potrafiła wytłumaczyć zawezwanemu policjantowi,
który chciał ją ukarać, że jest to potrzeba najnaturalniejsza w świecie, którą odczuwają
wszyscy bez wyjątku, "nawet i pan, panie policjancie".
Nawet mrówki gromadzące się w cukiernicy były w pracowni Olgi pod specjalną ochroną -
gospodyni uprzedzała gości, by słodząc herbatę nie utopili przez przypadek którejś z nich,
bo to też stworzenia Boże.
Na zdjęciu ulica, przy której mieszkała w Krakowie Olga Boznańska. PROSZĘ TERAZ O
WYMIENIENIE WSZYSTKICH JEJ NAZW.
No i co tam w głębi, panie dzieju, na dokładkę. I co to jest, takie ledwie ledwie widoczne po lewej.
fotoedo
- 20/02/2009 18:38:44
deodatokrk
- 20/02/2009 11:04:43
12/02/2012 12:17:00
08/02/2012 11:49:29
05/02/2012 11:18:06
29/01/2012 12:41:12
22/01/2012 11:42:21
15/01/2012 11:52:35
07/01/2012 13:43:33
03/01/2012 13:53:02
Wszystkie wpisy