myślę sobie, że prawdziwe odległości rodzą się w naszych głowach. i tylko tam.
nie ma granic ani dróg, których nie można by przejść w świecie fizycznym,
ale w nas samych istnieją dystanse nie do pokonania.
istnieją mosty bez fundamentów, skrzyżowania bez drogowskazów i ścieżki donikąd.
jestem więc - na drodze Donikąd i tam
żyję rozrywana przez ogromne, sprzeczne emocje.
co gorsza - za nic nie potrafię tego wypośrodkować.
moje dni są ambiwalentne do cna, zresztą... tak samo jak Noce.
momenty, godziny, samotność - nie wiem nawet
gdzie koniec, a gdzie początek.
czy to dobro, czy może już zło.
znam tylko przytłaczający mnie rozmiar tych sił,
nie dający zamknąć się w żadnej znanej mi jednostce wielkości.
naprawdę - nie sądziłam, że można przeżywać Niebo i Piekło - na raz.
że można aż tak tragicznie i intensywnie odczuwać rzeczy skrajnie przecież różne,
a nacierające na mnie ze wszystkich stron, ze wszystkich stron,
ze wszystkich stron, niosące się echem.
a gdzie w tym wszystkim jestem ja?