Musiałem popisać się, jak to mi oczęta płonęły autentycznie na koncercie. Dla podkreślenia resztę macie w czarno-bieli, powstaje wtedy jeszcze większy kontrast. Cudnie, prawda?
Drugi dzień weekendu nudny jak jasna cholera i kawałek. Dawno się taki nie zdarzył, więc wnioskuję, że musiał. No i trudno, może faktycznie w tym tygodniu dosyć już było atrakcji? Jutro natomiast zapowiada się naprawa bojlera (Boże, spuść na mnie wreszcie łaskę ciepłej wody, abym się mógł nią porozkoszować), spotkanie z Tobą oraz nauka historii part 1. Cudnie jak cholera.
Zdarza się nam wszystkim, że się czymś zdenerwujemy, przejmiemy zanadto, poniosą nas nerwy. Nie przeczę, mi też. Bo to ludzkie i mamy do tego prawo, w końcu sztuką jest panować nad sobą zawsze i wszędzie. Grunt, żeby wiedzieć po chwili namysłu czy warto i w razi czego odpuścić. Nie mówiąc już o tak wyświechtanych pompatycznych rzeczach jak "przebaczanie" - w dzisiejszych elektronicznych czasach słowa tracą znaczenie, które miały jeszcze dekadę czy dwie temu. Może i to nie dziwne, ale z pewnością przygnębiające. Chociaż ja i tak się nie krępuję i mówię to co czuję (prócz tego co myślę) - i wiem, że kto ma wiedzieć, ten wiedział będzie, co chcę przekazać. A komu nie będzie to pasowało, to jego problem. Drodzy państwo, oto słowo na niedzielę:
"Let it ride, let it ride, let it roll off your mind.
Don't say a single world, get back inside.
Let me drive, let me drive, disappear in the night,
like I was a ghost in your dreams."
TGA - Red in the Morning
1.4.3.M!