Życie to w przeważającej części banał. składa się z pobudek, szczotkowania zębów, mycia kubków, przysypiania podczas dnia, iluzji nowych wiadomości w gazecie, bąbelków mineralnej i bąbelków po komarach. Klejącej się do pleców pościeli, zmieniania płyt w odtwarzaczu, bujania się na fotelu, wynoszenia na śmietnik kolejnych worków ze śmieciami. I być może jedyną rzeczą, która ten banał może uświęcić, jest język. Te dni kubek w kubek takie same, odrastające w nas jak łby baśniowych potworów, prędzej czy później okażą się nie do życia, więc lepiej zawczasu oswoić je, obłaskawić poobracanym chwilę przy dziąśle słowem.
Mam cukierki. Musujące. Wybuchają w ustach. Bomby, bez których zasnąłbym teraz i spał całą piątkowo-sobotnią noc i pół soboty co najmniej. Obudziłem się już po szóstej, bo na barbarzyńską siódmą trzydzieści umówiłem się na rozmowę z panią wójt. Potem przez siedem godzin powstrzymywałem się od zaśnięcia na równie nudnej co ważnej rozprawie sądowej (podczas mowy końcowej obrońcy sędzia też był bliski drzemki, nie mówiąc o dwóch
groteskowych staruszkach-ławnikach, znieruchomiałych jak kariatydy po obu stronach najwyższej instancji. Potem z językiem na brodzie napisałem pięć tekstów i z językiem na brodzie biegłem na busa.
Banał. A życie trzeba celebrować, więc razem z cukierkami obracam językiem lepkie słowo.
www.pjotruska.blog.pl 2002-07-19
FOT. PJOTRUSKA