Nim podjechała niebieska nyska, pół wsi już stało pod świetlicą. Dorośli kopcili sporty przed wejściem, wyrostki - w kibelku za budynkiem. Chłopcy obejmowali dziewczyny w talii, one wsuwały dłonie do ciepłych kieszeni ich kurtek. Wisusy huśtały się na płocie, grzeczne dzieci zawczasu ustawione w kolejkę pod samymi drzwiami enty raz przeliczały drobne na bilet. Ktoś w środku zasłaniał okna, wyciągał na środek sali poszczepiane ze sobą w rzędy krzesła, zaczepiał ogromne prześcieradło o dwa gwoździki wbite w ścianę.
Ludzie pomagali wynosić z nyski projektory, kable, zasilacze, głośniki, puszki z filmami... Wszystkim dyrygował mały człowieczek w musztardówkach. Jego kolega - zdecydowanie roślejszy, łysielec z pucułowatą twarzyczką dziecka -służył głównie za kierowcę, tragarza i biletera. Tarasował wejście na świetlicę stolikiem, zostawiając jedynie wąski przesmyk. Potem wyjmował z kieszeni zwój biletów i - zainkasowawszy należność - oddzierał z taśmy po kawałku zadrukowanego papieru.
Cwaniaki - Lovejoy, Maślak, Poluś, Szwagier, Hasaj, wszystkie Stefanki i Krupy - wchodziły nie płacąc, od tyłu, przez zawczasu uchylone okienko. Musieli tylko zaczekać, aż w sali zagaśnie światło, a w terkot projektora wmiesza się patetyczny sygnał Kroniki Filmowej.
Tak - wiercąc się na twardym siedzeniu - obejrzałem „Poszukiwaczy Zaginionej Arki”, „Gwiezdne wojny”, „Wejście smoka”, pierwszą część „Obcego”, „Powrót Różowej Pantery”, sagę Karguli i Pawlaków, rosyjską baśń o Koniku Garbusku... Przy kolacji, a potem w szkole, opowiadaliśmy sobie na wyścigi scenę po scenie.
Kiniarze przywozili zawsze dwa lub więcej filmów, więc każdy seans trwał co najmniej cztery godziny. Trzeba było jakoś te cztery godziny wysiedzieć na niewygodnych krzesłach. Musiałem mieć od tej miłości do kina cały tyłek w pęcherzach. Może nawet warto było, skoro zniknęły bez śladu, a w głowie wciąż noszę wspomnienie kuli toczącej się za Harisonem Fordem, Bruce`a Lee miażdżącego kręgosłup jakiemuś szwarccharakterowi i żandarma z Sant Tropez czającego się za wydmą na nagusów, których - mimo ewidentnej niepełnoletności - mogłem sobie dokładnie obejrzeć.
I wystarczył wywieszony pod kościołem plakat, byśmy kolejny raz dali się zwabić na te tanie sny w technikolorze, panoramiczne iluzje. Wpatrywaliśmy się w pomarszczone prześcieradło, w co rusz gubiące ostrość gwiazdy Hollywoodu, nieziemskie pejzaże. A naprawdę fascynujące rzeczy działy się w nas. I obok nas, blisko, tuż przy skórze, tuż przy celuloidowej taśmie wplątanej w projektor.
www.pjotruska.blog.pl 2003-09-12
FOT. & FOTOSZOP :) PJOTRUSKA