W czeskim lunaparku, z którym skrzyżowały się nasze drogi, proponują K. interes: chcą, by sfotografował dla nich cały ten objazdowy majdan. Gładząc teleobiektyw redakcyjnego canona pan Frantisek w czerwonym bezrękawniku kusi bliżej nieokreśloną zapłatą:
- Rób pan. Jakoś się dogadamy.
Mojego kolegę nie opuszczają wątpliwości. Niby rusza na obchód i fotografuje karuzelę za karuzelą, ale tak jakoś bez przekonania. Nie kładzie się na trawie, nie przykuca, nie klęka, nie pochyla się, nie wspina na rusztowania i drzewa, nie staje na paluszkach. Tu cyknie, tam cyknie. Pan Frantisek też jest zawiedzony brakiem show, ale cóż robić: słowo się rzekło - błona naświetlona. Czesi przystępują do negocjowania ceny:
- Pięćdziesiąt za zdjęcie - żydzi K.
- A taniej nie można?
- Chcecie duże formaty. Sama odbitka kosztuje w Kodaku dwadzieścia .
Odsuwam się dyskretnie na bok, by nie przeszkadzać w interesach.
Staje na tym, że lunapark zapłaci K. biletami wstępu na swoje atrakcje. Nie wiem, ile tego będzie. Prawdopodobnie setki. Nie trzeba wsiadać na karuzelę, by zakręciło się w głowie.
Mi już niedobrze.
Nadmiar nie jest dobry. Nadmiar niemieckiego piwa, które któregoś lata nawózł mi do domu Eugen nie był dobry. I nawet nadmiar czekolady Śnieżka od zaprzyjaźnionego konwojenta, który w kryzysowych latach osiemdziesiątych systematycznie zaopatrywał nasz barek, nie był dobry. A im więcej lat tym łatwiej o mdłości na karuzeli. Kiedyś mógłbym się kręcić na niej bez końca, teraz wystarczy że pomyślę o wypchanej biletami do czeskiego lunaparku kieszeni w fotokamizelce K.
www.pjotruska.blog.pl 2003-05-08
FOT. PJOTRUSKA