"...wiatr rozkoszuje się
jednym karmelkiem nadziewanym cukierkiem
w polu w pochyleniu drzew we śnie odkąd sam siebie
wyssie a gdy wiatr pieści się z takim
jednym to wiadomo ze choć pod nogi rzuci papierek
listek to ciebie z rąk nie wypuści mój drogi"
(Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki, "XX")
Z nosem przy szybie wracam z O.. Wydaje mi się, że dwa plastry sernika, które mama owinęła w zmysłoszczelną folię aluminiową i wsunęła na pożegnanie do mojej torby, pachną na cały autobus. Nie mogę ich tu zjeść, więc nawet nie spoglądam w ich kierunku: patrzę na żółte od mleczy rowy, dymiące tu i ówdzie ogniska, psy i koty, ludzi pousadzanych na ławeczkach przed domem jak do fotografii.
Jeszcze trzydzieści lat temu objeżdżał ich wszystkich Krzywa Główka, fotograf z miasteczka. Co kilka niedziel utykając nieznacznie chodził po wsi z przewieszoną przez ramię practicą. Jak ktoś potrzebował zdjęcia, to czekał, wypatrywał, przecierał zachodzącą parą szybę, by nie przegapić okazji.
Znał wszystkich - wiedział kiedy imieniny, kiedy urodziny, kiedy rocznica ślubu. Miał z księdzem Gomulakiem jakiś układ, bo bez jego ogromnej, wiecznie przechylonej głowy nie mogła się odbyć żadna wizyta biskupa, żaden odpust, pierwsza komunia, chrzciny, bierzmowanie, wesele. A jak przychodziła pstrykana niedziela proboszcz ogłaszał z ambony, że fotograf będzie we wsi. Mama dużo wcześniej ubierała nas w odświętne ubrania, tato zakładał świeżo wyprasowaną koszulę, ona wyciągała z szafy najładniejszą sukienkę. Wybiegaliśmy na ulicę patrzeć, czy Krzywa Główka nie nadchodzi. Czas dłużył się, bo póki naszej odświętnej codzienności nie utrwaliła fotograficzna błona, nie można się było wygnieść ani pobrudzić; należało uważać, by nie porozwalać zbytnio zabawek ani nie nakruszyć sernikiem na dopiero co odkurzony dywan.
Szymon robi uniki, kiedy chcę mu cyknąć zdjęcie. Zasłania twarz, wybiega z kadru, stroi miny lub odwraca się tyłem. Od kilku miesięcy fotografowanie go przypomina harcerskie podchody.
Już jestem bliski naciśnięcia migawki, kiedy Daniel od sąsiadów, z którym topią łodygi mleczy w wiadrze wody, zauważa, że celuję w nich swoim olympusem i po koleżeńsku ostrzega:
- Szymon, będziesz na zdjęciu...
Fyrg, odlatują jak spłoszone ptaki - cały kadr się rozwala.
Dobrze mi tu. Nie potrafię tego objąć, ale ciągle próbuję.
Kołyszemy się na zrobionej przez tatę huśtawce i jemy przywiezione ze sklepu lody, pijemy oranżadę.
Kołyszemy się na kosturze do sadzenia drzew, przed chwilą wyciętym w stolarni (w wiaderku obok trzydzieści sosnowych sadzonek, które buchęliśmy z lasu).
Kołyszemy się przy ognisku, pogubieni w dymie, który wiatr zarzucił na nas jak sieć.
Kołyszemy się stąpając między pierwszymi tej wiosny rzodkiewkami.
Kołyszemy się zadzierając głowę w niebo, przez które leci kukuruźnik.
Kołyszemy się uciekając przed rycerzem Kubusiem, który szarżuje na domowników z drewnianym mieczykiem.
Kołyszemy się próbując ściągnąć latawiec z czubka jabłoni.
Kołyszemy się.
pjotruska.blog.pl 2003-04-27
FOT. PJOTRUSKA
14/02/2012 22:43:33
13/02/2012 23:34:55
27/01/2012 22:42:55
06/07/2011 22:37:42
03/05/2011 21:21:54
19/04/2011 20:43:14
03/03/2011 21:32:43
22/01/2011 18:46:21
Wszystkie wpisy