W czasach, kiedy słowo "korupcja" nie istniało w języku polskim, a "łapówka" kojarzyła się wyłącznie z kopertą pełną banknotów lub butelką koniaku wnoszoną ukradkiem do gabinetu lekarza, owijaliśmy słodkie czekolady w papier śniadaniowy i zanosiliśmy nauczycielom. Wystawaliśmy w kolejkach do kwiaciarni, aby kupić rachityczny goździk. Nieraz nie wytrzymywał próby czasu i tuż przed akademią trzeba było pospiesznie sztukować pąk do łodygi szpilką ściągniętą ze szkolnej gazetki. Za bardziej wytrzymałe - ale też zdecydowanie mniej reprezentacyjne - uchodziły kwiaty z przydomowych ogródków, wszystkie te piwonie, lilie astry, półdzikie róże i mieczyki. Kto nie zdążył do kwiaciarni lub nie miał pieniędzy, ciął co było, owijał odprasowaną odświętnie wstążeczką i biegł do szkoły.
Byłem nauczycielskim dzieckiem.
Byłem nauczycielskim dzieckiem, które czeka w domu, aż mama wróci z naręczem kwiatów i będziemy rozkładać je do wazonów: goździki do goździków, lilie do lilii, frezje do frezji, róże do róż... Aż cały dom będzie pachniał nimi, nasze palce i nosy też. W końcu na podłodze zostawało tylko kłębowisko odwiązanych z łodyg wstążeczek, zasieki asparagusu i przekłute szpilką uwiędnięce. Choćbym teraz chciał dać nad nimi kroka, nie potrafię. Tak jak nie potrafię zapomnieć zamkniętej na klucz góry czekolad w niewinnej otulinie papieru śniadaniowego.
www.pjotruska.blog.pl 2003-10-14
FOT. PJOTRUSKA
Marta
14/02/2012 22:43:33
13/02/2012 23:34:55
27/01/2012 22:42:55
06/07/2011 22:37:42
03/05/2011 21:21:54
19/04/2011 20:43:14
03/03/2011 21:32:43
22/01/2011 18:46:21
Wszystkie wpisy