Od wczoraj, kiedy jadąc do pracy zostawiłem sąsiadce klucz do swego mieszkania, bo ogłoszenie na klatce schodowej zapowiadało nadejście speca od spisywania podzielnków z kaloryferów, wzrosły moje akcje u sąsiadki. Nie wyglądam na faceta, który oszczędza ciepło (i słusznie, bo nie oszczędzam), a tu proszę: przyrządy pokazały, że zużyłem tylko jedną jednostkę więcej od niej, blokowego mistrza w oszczędzaniu. Spontanicznie mi się tak jakoś zaoszczędziło. Samo z siebie. To łatwe, jak mieszka się samemu i generalnie nie ma człowieka w domu. Zakręci się zaworek, zapomni, pójdzie spać, najwyżej rano trochę zmarznie człowiek w nogi lub po ciemku narzuci koc na gęsią skórkę. A rano i tak zapomni odkręcić zaworek.
A u Grzebysiów też radość: Martunia, której właśnie stuknął roczek, właśnie zrobiła swą pierwszą w życiu kupkę do nocnika. Wniebowzięta Gosia wycałowała ją jak święty obrazek. Pokazywała córuni: kupka, kupka, piękna kupka (a ponoć gówienko pachniało mało subtelnie). Kupka, kupunia. Aż Marta zechciała pomacać to cudo i dłonią sięgnęła w nocniczek. Refleks tenisisty uratował moją siostrę i kupka jest - dosłownie - nietknięta. Na pohybel sąsiadom Gosia wystawiła pełny nocniczek na balkon, by pokazać cudo Grzebysiowi, gdy wieczorem wróci z pracowni.
- Nie wiem, może zrobimy odlew... Może zalejemy to pleksi... - mówi niby żartem, a ja wiem, że oni mają świra; oni NAPRAWDĘ MOGLIBY TO ZROBIĆ. No bo co myśleć o parce, która zamierzała wydzierżawić od władz miasta Warszawy dwie publiczne toalety w centrum miasta, odpucować je jak francuskie hoteliki (superpięknie, superczysto, superpachnąco) i obok normalnej szaletowej działalności prowadzić tu ekskluzywne galerie? Co myśleć o facecie, który na widok zatłoczonej windy w akademiku przystawia sobie pod brodę druciany wieszak do ubrań i krzyczy: "Rozstąpić się, szybko, bo się zastrzelę"? Marta urodziła się niemal cudem. Zaraz na początku ciąży - w drugim miesiącu bodajże, krótko po tym, jak zachwycaliśmy się, że z małej moruli jest już pesteczka brzoskwini - Gosia omal nie poroniła. Aż do porodu nie ruszała się już z mieszkania, gdyby oddech miał zaszkodzić dzieciątku - nie oddychałaby. Grzebyś opiekował się nimi dwiema jak wątlutkim płomyczkiem. I ustrzegł ten płomyczek do końca. W maju urodził się Martyś; wszyscy cała rodzina skakaliśmy pod sufit. W specjalnym zeszycie Gosia pisze listy do Marty. Stustronicowy brulion już zapisała. Gdy jej dziecko skończy naście lat, da jej te zapiski. Są tam gdzieś powklejane "piosenki dla Marty". To też pomysł Gosi. Gdy Marta miała sie urodzić, moja siostra poprosiła kilka osób, by podarować jej po piosence. Wystarczyło zapisać na kartce jej tytuł i informacje, gdzie Martyś może ją odszukać. Jak będzie chciała - znajdzie. Gosia dała jej "Huśtawki" Jacka Kleyffa. Ponieważ jednego Kleyffa już dostała, po konsultacji odstapiłem od zamiaru podarowania Marcie "Źródła", które na dodatek jest jak kolka nie do wyjęcia, jak zadra. Niech sobie posłucha raczej "O winie i chlebie" Waglewskiego: (...Jest piąta rano/ To godzina w której rośnie trawa/ i myśli się starzeją./ A oczy Twoje koloru kawy/ nawet w tej chwili nie dorośleją...").
Radość, radość. Powodów jest mnóstwo. Ilekroć zaglądam do lodówki, gdzie chłodzą się puszki zieloniutkiego heinekena cieszę się na wieczorne pogaduchy z moimi rodzicami, którzy planują odwiedzić mnie dziś w mej samotni. Tato trzy dni temu wrócił z Kanady, nie widziałem go od marca. Podobno zabawnie wtrąca angielskie słówka w polskie zdania, jest szczęśliwy i jakoś odmieniony. Gadaliśmy przez telefon czule i radośnie.
W domu w O. chłopaki pętlą pajęcze sieci. Cały pokój opleciony wełnianą nicią, mama nie mogła przedrzeć się do telefonu i byłyby ją zjadły pająki Szymon i Kuba. Poskromiła ich: wujek dzwoni, gdy kąsały po kostkach. I poskutkowało. Mruknęły tylko w tle: Zjemy dziadka. Mam nadzieję, że jedzenie takiego dużego dziadka takim małym pajączkom zajmie jakiś miesiąc albo dwa, więc pewnie zdązymy wypić tego heinekena.
Pada deszcz. Nie boim się padadeszczu. Przeciwnie, idziem na balkon włozyć pod niego nienaturalnie radosny ( i pusty, naturalnie) łeb.
pjotruska.blog.pl 2002-06-27
FOT. PJOTRUSKA
14/02/2012 22:43:33
13/02/2012 23:34:55
27/01/2012 22:42:55
06/07/2011 22:37:42
03/05/2011 21:21:54
19/04/2011 20:43:14
03/03/2011 21:32:43
22/01/2011 18:46:21
Wszystkie wpisy