Było po trzynastej, kiedy kierownik włączył wiekową czarno-białą unitrę w swoim pokoiku i rozpaczliwie manewrując antenką wywołał na ekran coś więcej niż białą elektronową zadymkę. K. i Ewa na dwie godziny zadekowali się w jakimś tajemniczym lokalu na mieście, w którym udostępniono kibicom telewizor znacznie wyższej klasy. Kolorowy, kto wie, może nawet z ekranem plazmowym - bo widzieli wszystko, jakby byli w Korei; aż kierownik kręcił głową ze zdumienia, kiedy opowiadali. W ogóle nie wiedzieć kiedy redakcja opustoszała i przez dwie godziny była bezludna, cicha jakby nie szaloną redakcją była, a chatką w podalpejskiej wiosce (podszyte szumem parlando podnieconego spikera można było wziąć za łoskot wodospadu). Nie dzwoniły telefony, pisałem ze słuchawkami na uszach; ja w jednym pokoju, a Jaś - który mundialem interesuje się zdecydowanie mniej niż alkoholami - za ścianą.
"Strzelili nam gola" "Przegrywamy dwa zero" - relacjonowal co dramatyczniejsze momenty meczu kierownik obiegając nasze pustelnie. Po meczu klął na prezesa, który ponoć obstawiał wynik 0:2 i znowu miał rację. Nie zapytałem, ile postawił. Nie miałem sumienia dręczyć go jeszcze bardziej.
A potem pojawiła się Ewa - niby w tych swoich różach, ale smutna jak na pogrzebie. I K. z dołu się ozwał. "Białooooo - czerwoniii" - ryczał pnąc się z aparatem po schodach. Marcel - jego siedmioletni synek, który od co najmniej kilku tygodni zbierał karteczki z zupek, tazos z chipsów, superplakaty z polskimi superpiłkarzami drukowane przez naszą gazetę - Marcel ponoć się popłakał.
- Weź go do psychologa - radziła pogrążona w różowej żałobie Ewa. - To musi być szok dla takiego dziecka.
Kilka godzin później Marcel doszedł do siebie.
- Powiedział, że w życiu nie kupi niczego koreańskiego - komunikował redakcji K.
Pamiętam koncert punkowej Ga Gi w Jarocinie. Cała Polska podniecała się jakimś idiotycznym meczem naszej reprezentacji kopaczy z inną narodową reprezentacją kopaczy. Proszę wybaczyć, że nie pamiętam szczegółów. Pamiętam za to, jak nie przerywając ani na chwilę rozdygotanego transowego utworu Smalec szydził z kryptokibolskiej publiczności spod sceny.
- A Polska mecz przegrała! Polska mecz przegrała! - krzyczał z furią. - I co? Wkurwieni jesteście. Tańczcie. Tańczcie...
Była w tym taka dawka agresji, taka porażająca prawda i taka porażająca siła, że nikt nie rzucił maślanką, nikt nie sięgnął po pomidora. Tańczyli.
Kiedy włączam telewizor a tam mundial, otwieram gazetę a tam prezydent z biało-czerwonym szalikiem, idę przez miasto a dookoła billboardy z piłkami, robię zakupy a do każdej pierdoły dostaję gratis podobiznę Dudka i Olisadebe - to odpadam. Na każdym kroku próbuje mi się wmówić, że mundial to coś ważnego. A to tylko niepoważna gra. piłka, dwie bramki i dwudziestu dwóch spoconych facetów próbujących wywieść się w pole.
W szkole chłopaki stawiali mnie na obronie. Wolałem to niż atak. Przy ataku trzeba było kombinować, a tu zasada była prosta: nie przepuścić nikogo pod bramkę. Jak ktoś biegł w moją stronę, to wybiegałem mu naprzeciw. I tyle. Lubiłem grać z Mieciem Dziedzicem, bo cały czas się śmiał. Albo z Rysiem Dołynnym, bo kiwał wszystkich z taką gracją, jakby płynąl z piłką nad boiskiem.
Potem z Polusiem chodziłem na mecze Olimpii O... . Centralne miejsce na ławeczkach zajmował dziadek Skowron - kowal z brzuchem jak kowalski miech. Obsiadali go żule, bo zawsze miał przy sobie pięciolitrowy słój z piwskiem. Odkręcał wieczko, upijał łyk i podawał dookoła jak fajkę pokoju. Po drugiej stronie boiska - na trawie, bo tam już nie było ławeczek - siadali z wojowniczymi minami przyjezdni. Na wyjeździe tracili rezon. Kiedy Stefan Suchan strzelał gola całe ławeczki wyły ze szczęścia, a dziadek Skowron unosił do góry coraz bardziej pusty słój.
To był mój mundial.
Teraz to jakaś atrapa. Jakieś totalne oszustwo. Zbiorowa paranoja. Ta cała piłka nożna nadęta do rozmiarów ogólnonarodowego święta. Bez autentycznie rozchichotanego Mietka Dziedzica, bez krążącego z rąk do rąk słoju z piwem, bez otoczonego żulą dziadka Skowrona, bez wyraźnie skacowanego Stefana Suchana, który wykłada się w samym środku błotnistego pola karnego. Za to z uśmiechniętym eleganckim Dudkiem na zupce z winiar.
www.pjotruska.blog.pl 2002-06-04
FOT. PJOTRUSKA
14/02/2012 22:43:33
13/02/2012 23:34:55
27/01/2012 22:42:55
06/07/2011 22:37:42
03/05/2011 21:21:54
19/04/2011 20:43:14
03/03/2011 21:32:43
22/01/2011 18:46:21
Wszystkie wpisy