"The ponies run, the girls are young.
The odds are there to beat."
(Leonard Cohen, " A Thousand Kisses Deep")
Poślubiam Teresę. Ceremonia jest równie błyskawiczna jak decyzja: ktoś biega za Szczepanem, by zrobił nam zdjęcie, a ja szukam w ogrodzie Władka dzikich kwiatów i znajduję pokrzywę. Sprawdzam, czy nie parzy; potem przytulenie, błysk flesza - i już.
Ona (przez przypadek) jest w białym sweterku, ja trzęsę się z zimna w czerwonym t-shircie, bo dżinsową bluzę oddałem zmarzniętej Martynie, z którą cały wieczór przegadaliśmy o miłości. To gest intymniejszy niż przytulenie szalonej Francuzki. Teraz odsuwa się na bok, by nie być na ślubnym zdjęciu.
Teresa ma dwa razy tyle lat co ja. Przyszła do ogrodu Władka, by bawić się z Polakami przy ognisku. Tańczyła krakowiaka i śpiewała z nami Szła dzieweczka; zna tekst, bo za młodu występowała w polonijnym zespole folklorystycznym Les Aigless Blancs. Gdy żartem spytała, czy jestem kawalerem i czy 64-letnia żona nie byłaby dla mnie za stara, odpowiedziałem żartem:
- No problem.
Przyjmując konwencję kronik kryminalnych można napisać, że dalej wypadki potoczyły się same.
Na stołach alzackie wino pinot noir, słodka marchewka, surówka z selera, zimne ziemniaki i przypieczone na grillu kiełbaski. Francuzi nie wiedzieć czemu nazywają je żandarmami - już to powinno wzmóc naszą czujność.
- Jeszcze wina? - pytają, klepiąc nas po ramionach.
Ale pijana orkiestra górnicza od dawna leży pokotem: drobiny śliny w odjętych od warg ustnikach trąb to jedyny ślad po ich muzyce. Teraz gra wiatr i ogień przeskakujący po sosnowych polanach - porzucone w trawie instrumenty plączą się między nogami, spod rozpiętych mundurów orkiestrantów wyłażą białe koszule i włochate brzuszyska. Na sekundę budzi się trąbmen Zbyszek, najbardziej pijany z całego bandu
- On uczył moją Beatkę - po raz dwudzesty chwali się wyciągając rękę w moim kierunku. - Piotrek, prawdę mówię?
- Mówisz prawdę - potwierdzam.
Ale dziś nie chcę prawdy, zwłaszcza tak banalnej; wolę absurdalny żart, jakim jest mój pospieszny, wariacki ślub z Teresą. Wracam na tańce i śpiewy.
- Musimy jechać - po północy kierownik wycieczki daje sygnał do odwrotu. Śmiejemy się, że jest personifikacją złego losu rozdzielającego parę kochanków. Zostawiam Teresę z pokrzywą w ręce. Małżeństwo pozostaje nieskonsumowane. Wykładaną piaskowcem ścieżką brnę przez ciemny ogród, za orkiestrą dźwigającą bębny, klarnety i puzony. Trąbmen Zbyszek nic nie mówi, ledwo idzie potrzymywany przez kolegę.
W autobusie jest ciepło, ale Martyna nie zdejmuje mojej bluzy. Jedziemy przez bajkowe alzackie miasteczka, a ja patrzę na jej szczupłe plecy, długą szyję, spięte w koński ogon włosy. Teraz przypominam sobie wszystko, co powiedziała mi dzisiaj o miłości.
www.pjotruska.blog.pl 2004-06-16
FOT. PJOTRUSKA
Olga
14/02/2012 22:43:33
13/02/2012 23:34:55
27/01/2012 22:42:55
06/07/2011 22:37:42
03/05/2011 21:21:54
19/04/2011 20:43:14
03/03/2011 21:32:43
22/01/2011 18:46:21
Wszystkie wpisy