klikać FAJNE +znajomi dodaj

Wypromuj się tutaj

ilustrowany suplement 

2008/11/05   

 

« następne   poprzednie »

Za siedmioma górami, za siedmioma morzami, w miejscu gdzie ziemia styka się z niebem żyła sobie maleńka Lenka. Była tak maleńka, że nikt jej nie widział. Dlatego króliki ośmielały się prychać przed jej chatką:
- Phi! Nikogo tam nie ma.
- Jestem, jestem - podskakiwała na maleńkich paluszkach Lenka, ale jej cieniutki głosik porywał wiatr. Króliki nadaremnie nadstawiały uszu. W końcu wzdychały:
- No tak, nikogo nie ma.
Cieszył się wiatr - jedyny, który słyszał głos Lenki i znał prawdę. Gdy króliki znikały za górką, podskakiwał na gałęziach i potrząsał liśćmi z radości. Charakter miał trudny, wiec w całym lesie nie było stworzenia, które cieszyłoby się na jego widok. Gdy tylko się pojawiał, mieszkańcy łapali się za głowy:
- Ależ okropnie wieje - mówili. No i wszyscy chowali się do domów, chociaż wiatr nie miał złych zamiarów. Odkąd w lesie pojawiła się Lenka, rzadziej hulał między drzewami. Lubił sobie jednak posiedzieć cichutko w jej ciepłej chatce, podmuchać na filiżankę z herbatą, aby nie poparzyła warg lub jednym chuchem rozpalić przygasające szczapy w kominku. Czasem kiedy maleńkiej przypaliło się mleko na kakao, zrywał się rozwiać dym, ale nawet wtedy starał się nie wiać zbyt mocno, by nie wyziębić jej łóżeczka. Całe dnie siedział więc spokojnie w kąciku. Lenka nawet nie podejrzewała, że ma gościa.
I pewnie nigdy by się o nim nie dowiedziała, gdyby nie wielki pożar. W miejscu, gdzie niebo styka się z ziemią o zaprószenie ognia nietrudno. Wystarczy, że roztargnione słoneczko zachodząc zapomni przygasnąć i otrze się gorącą grzywą o suche trawy albo deszcz nie ostudzi w porę rozbrykanych błyskawic - no i nieszczęście gotowe.
Tego dnia ogień przyszedł jednak z ziemi, a nie z nieba. Schowane w krzakach przed Martą króliki Zdzisław i Stanisław tak długo uderzały kamykiem o kamyk, aż wykrzesały iskierkę. Chciały ją zdmuchnąć, ale iskierka była szybsza: przeskoczyła z kamienia na źdźbło, ze źdźbła na drugie, i dalej na trzecie, czwarte, piąte - aż po chwili płonęła cała polana.
- Ratunku! Pali się! Pali się! - darł się Zdzisław biegnąc przez las.
- Ratunku! Pali się! Pali się! - - powtarzał jak echo Stanisław.
A ogień tężał, wspinał się na krzaki jeżyn, z jeżyn na olszynę, z olszyny na świerki, a z nich na niebosiężne dęby i buki.
- No i kto tu jest najpotężniejszy? - huczał, bo każdy pożar to straszny zarozumialec.
No fakt, był potężny. Kiedy tak sypał popiołem z czubka stuletniego dębu nie było stworzenia, które by nie czuło respektu. A najbardziej bała się Lenka, bo była najmniejsza. Miała króciutkie nóżki i żadnych szans, aby uciec przed płomieniami.
- Och - pomyślała przerażona, kiedy ogień pożarł jej bucik, zgubiony na drodze.
- Ratujcie mnie, ratujcie - krzyczała, ale jak zwykle nikt jej nie słyszał. Nikt - tylko wiatr.
Och, żebyście widzieli, jak się wiatr wściekł, że głupi ogień tak nastraszył maleńką Lenkę. Najpierw zatrząsł czubkami olch, ale pożar się nie zatrzymał. Potem zatrząsł czubkami sosen, ale pożar nadal nadal huczał:
- Jestem najpotężniejszy! N a j p o t ę ż n i e j s z y !
- No to zobaczymy - odpowiedział mu wiatr i zatrząsł dębami. A potem zdmuchnął z nich wszystkie płomienie, jakby to był pył i proch a nie straszliwy ogień. W kilka chwil wiatr uporał się z pożarem. Kiedy zgasił ostatnie źdźbło trawy, obleciał pogorzelisko dookoła. Kogo szukał? Maleńkiej Lenki. Była cała i zdrowa. W jednym buciku, w podartej sukience stała na polnej ścieżce i patrzyła, jak znika dym. Nagle coś jej zaszumiało nad uchem:
- Nic ci nie jest, Lenka?
- Nie - odpowiedziała, rozglądając się, kto do niej gada. Wtedy po raz pierwszy go zobaczyła, bo miał umorusaną od pożaru mordkę. 
- Ale sympatyczny brudasek - zachichotała.
- O, przepraszam, nie powinienem w takim stanie pokazywać się małym dziewczynkom - zaszumiał wiatr i pognał obmyć się w jeziorze. Zrobił to migiem, bo kiedy wrócił, Lenka ciągle chichotała. Pośmiali się więc oboje. Od tej pory nigdy nie było im już smutno.
Tym bardziej, że zwierzęta doceniły strażackie talenty wiatru i w jego obecności powstrzymywały się od nietaktownych uwag. A wiatr zamiast szarpać głosik Lenki, niósł go ostrożnie do nadstawionych uszu. Króliki, które prowokacyjnie prychały pod chatką maleńkiej Lenki, słyszały ją wyraźnie:
- Jestem! Jestem! Jak trochę urosnę, to się pobawimy.
No to czekały bardzo, aż urośnie.

 

www.pjotruska.blog.pl 2008-03-02
FOT. PJOTRUSKA

Kolczyki na zamówienie :)

Wypromuj się tutaj

1 komentarz
dziulaczek14  - 12/11/2008 20:22:52
ale słodkie zdjęcie.
przecudowne

Najnowsze wpisy

Wpis pjotruska

14/02/2012 22:43:33

3
Wpis pjotruska

13/02/2012 23:34:55

Lena. Dziewczyna, która lata

27/01/2012 22:42:55

Wpis pjotruska

06/07/2011 22:37:42

Wpis pjotruska

03/05/2011 21:21:54

Wpis pjotruska

19/04/2011 20:43:14

Wpis pjotruska

03/03/2011 21:32:43

Wpis pjotruska

22/01/2011 18:46:21

Wszystkie wpisy