Znowu mam wrażenie niedopieszczenia. Wszyscy się rozpływają w zachwytach nad sobą nawzajem, a ja zostałam sama, mała, malutka, bez dachu nad głową. Powinnam się cieszyć, bo jutro pół dnia z Zuzą, a drugie pół z Budyniem i Drożdżi. Przecież to cud miód sam w sobie! A tu dupa. Same durne myśli mam w głowie, nie chce mi się wracać do książki ani spać, ani telewizji oglądać.
Jest jeden fakt, którego nie umiem zrozumieć i jestem o niego zazdrosna. Z jednej strony, że ja w moich zauroczeniach jestem tak powierzchowna, że tego rodzaju "sprawa" nigdy nie miała by miejsca, a z drugiej, że uwaga jej znowu zwróci się na kogo innego.
Bardzo potrzebuję pospędzać czas z Mimi. Jej towarzystwo jest takie pokrzepiające i podbuduwujące. To chyba bardzo egoistyczne na swój sposób, bo często odbijam sobie to, że ludzie nie poświęcają mi zbyt wiele uwagi na spotkaniach z nią. Ale nie zmuszam jej do niczego. To po prostu już tak jest, że ona jest chwalącą, a ja jestem chwalona. Może kiedyś przystanie na zamianę ról.
Przegapiam tyle cudownych ludzi... Aż płakać się chce, kiedy pomyślę, że prawdopodobnie więcej ich nie spotkam.
Mojemu ojcu wraca młodość. Najpierw ten jacht, teraz mówi, że za rok na Woodstock chce jechać... Co się dzieje? Niech mi nie kradnie moich marzeń!!!