Photoblog.pl

Załóż konto

Numery mówią. 

2018/07/07   

 

« następne   poprzednie »

"Głód, wciąż głód, nieustający, okropny głód. Bezlitośnie obnażał wszystkie tajniki i słabości charakteru ludzkiego. Parę tygodni spędzonych z głodującym człowiekiem pozwalało na lepsze jego poznanie niż całe lata najbardziej choćby zażyłej znajomości w warunkach normalnych. Zdawało się niekiedy, że osiągnęliśmy już samo dno cierpień i upokorzeń. Człowiek przystosowywał się jednak i do tych warunków, stawał się tylko coraz bardziej surowy i twardy. Ukrywał niejednokrotnie prawdziwe swe odczucia pod skorupą rubaszności. Kpił i wyśmiewał się z podziękowań, gdy zanosił choremu przyjacielowi skibkę chleba. Surowe życie w obozie przewartościowało zasady i pojęcia obowiązujące w normalnym społeczeństwie. Panowało na przykład nie pisane prawo obozowe, w myśl którego największym przewinieniem była kradzież chleba współwięźniowi. Złodzieje chleba karani byli w większości wypadków śmiercią. Głodnemu więźniowi nie wolno było ukraść chleba koledze, bo ten też był głodny. Taka kradzież chleba oznaczać mogła uśmiercenie okradzionego. Złodziej, okradający takiego samego jak on nędzarza, nie mógł więc liczyć na litość. Żal mogli wzbudzić tylko ci, których złapano na kradzieży chleba esesmanom czy niektórym prominentom obozowym. Fakt okradzenia ich był bowiem jakby skromnym wyrównaniem rachunku krzywd.

Utkwił mi w pamięci taki właśnie wypadek jeszcze z obozu z Neuengamme. Personel blokowy, który z reguły składał się tam z niemieckich więźniów kryminalnych i do którego obowiązków należało wyłącznie prawie prześladowanie nas po pracy, obżerał się naszym kosztem od rana do wieczora. W kilku szafkach, które stały tylko do jego dyspozycji, pełno było chleba. Parę razy pod rząd trochę go z tych szafek zniknęło. Niemcy byli wściekli. Któregoś ranka wszystkim nam, podążającym do mycia, rozkazali otwierać usta i pokazywać języki. Z wywalonymi językami, nie rozumiejąc, o co chodzi, przechodziliśmy kolejno przed blokowym i sforą jego pomocników. W pewnej chwili jednak podniosła się wrzawa i krzyki. Zobaczyliśmy, że Niemcy biją okrutnie jednego z naszych kolegów. Jak się okazało, blokowy nie mogąc znaleźć zuchwalca, który ważył się zabierać jego chleb - uciekł się do podstępu. Naszpikował kawał chleba grafitem wyjętym z ołówka kopiowego i położył go na widocznym miejscu w szafce. Rano chleba nie było, natomiast schwytany więzień miał fioletowe plamy na ustach i języku. Po kilkunastu minutach bicia ujrzeliśmy skatowanego kolegę. Leżał pokrwawiony na podłodze umywalni, dysząc ciężko i z trudem łapiąc powietrze zapuchniętymi, pokancerowanymi ustami, z których wyglądały krwawe dziury po wybitych zębach. Oblano go wodą i zmuszono do wyjścia na apel. Miał już wtedy nienaturalnie wielką, spuchniętą głowę. Oczy były prawie niewidoczne. Po apelu blokowy zabrał go znów do bloku. Gdy w południe część z nas przyszła na obiad, zobaczyła go leżącego wśród nieczystości w ubikacji. Był już martwy. Żałowaliśmy go. Nie skrzywdził nikogo z nas."

 

Tadeusz Gędziorowski - "Dachau" /

Brak komentarzy

Najnowsze wpisy

Wpis numerymowia

 

Wpis numerymowia

 

Wpis numerymowia

 

Wpis numerymowia

 

Wpis numerymowia

 

Wpis numerymowia

 

Wpis numerymowia

 

Wpis numerymowia

 

Wszystkie wpisy