Photoblog.pl

Załóż konto

Numery mówią. 

2014/10/24   

 

« następne   poprzednie »

[Więzienie w Radogoszczu]

"O godzinie dwunastej wniesiono do sali kotły z jedzeniem. Każdy z nas dostał blaszaną miskę - starą, z poodpadaną polewą - zwaną "dołkiem". Łyżek nie dawano, każdy sam musiał się o nią postarać. Jak się nie postarał, to jadł posługując się palcami lub po prostu "twarzą". Kalifaktor - więzień rozdający jedzenie, a był nim wtedy Józio Szewczyk z łódzkich Bałut - wlał mi chochlę jakiegoś zielonego cuchnącego i obrzydliwego chwastu. Spróbowałem i splunąłem z nie ukrywanym wstrętem. Nie, tego nie da się jeść! Tego by nie jadła nawet wygłodzona świnia! Zaraz znalazł się koło mnie więzień, który skwapliwie zgłosił się jako ochotnik-amator na moją porcję. Oddałem mu ją z chęcią. Zjadł natychmiast z pośpiechem, jakby się bał, że się rozmyślę i odbiorę mu "dołek". Kalifaktor, który obserwował tę scenę, powiedział dobrotliwie: "Ty, polityczny, nie bądź głupi! Co to, radogoska zupa ci nie smakuje? Żryj, bo zdechniesz. Widać, że jesteś jeszcze za mało głodny!" Miał rację. Pierwszego dnia w Radogoszczu byłem jeszcze zbyt mało głodny, aby docenić wartość odżywczą i smakową zupy z jarmużu i innych chwastów! Następnego dnia już "zmiękłem", aczkolwiek nie na tyle, aby zjeść cały "dołek" tej więziennej specjalności. Po kilku dniach osiągnąłem pełny stan więźniarskiej mądrości i zacząłem oglądać się za dolewkami."

 

 

[Gusen]

"A gdy pewnej niedzieli firma zaserwowała nam po jednej prawdziwej bułeczce i po pół miski prawdziwego piwa, najstarsi więźniowie obozu kazali się szczypać, aby sprawdzić: jawa to czy sen? Nie do wiary, chyba koniec świata!
Na naszych miskach znalazły się tego lata i inne niezwykłe potrwawy. Przed dwie czy trzy niedziele były na obiad ślimaki morskie sprowadzone w beczkach z Francji. Dla Polaków była to potrawa tak obrzydliwa, że mało kto ją jadł, natomiast Francuzi i "Ruscy" zajadali się nią, pałaszując swoje i nasze porcje. Kiedyś przywieziono dla odmiany kiszoną czerwoną paprykę z Węgier. Paliła cholernie usta i gardła, ale była bardzo smaczna, przynajmniej dla mnie. Poprawa wyżywienia i traktowania doprowadziła nas do wniosku, że muszą "kasztany" brać tęgie lanie na frontach, skoro tak zmiękli. Esesmani pokazywali się coraz rzadziej na terenie obozu. Moja sprężyna nadziei, uwolniona od kilku ciężarów, znów podnosiła mnie do góry."


"W obozie zaczął się powszechny głód. Racje "chleba" zostały zmniejszone. To coś, co dostawaliśmy, zwano chlebem, ale była to upieczona mazia, złożona licho wie z jakich składników, o smaku tylko trochę przypominającym chleb. Skończyły się obiadowe zupy z siekanej brukwi. Widocznie i jej zabrakło. Zaczęto nas karmić zupami ze zmarzniętych buraków cukrowych. Było to coś tak ohydnego w smaku, że nie dało się jeść. Ponadto u wielu z nas "zupa" wywoływała biegunkę, która albo mijała - gdy organizm przyzwyczaił się do trawienia paskudztwa - albo tak osłabiała, że więzień umierał w męczarniach. Zaczęliśmy szybko spadać na wadze. Głód, prawdziwy dręczący głód, stał się naszym wiernym, nieodłącznym towarzystwem we dnie i w nocy."


/ Nas nie pożarły płomienie / Władysław Zarachowicz

Brak komentarzy

Najnowsze wpisy

Wpis numerymowia

 

Wpis numerymowia

 

Wpis numerymowia

 

Wpis numerymowia

 

Wpis numerymowia

 

Wpis numerymowia

 

Wpis numerymowia

 

Wpis numerymowia

 

Wszystkie wpisy
KLIK i rób co chcesz,zapraszam