Jedno cholernie małe i z pozoru nieistotne wydarzenie sprawia, że zaczynam się zastanawiać nad tym, czy to wszystko ma sens. Czy ta walka, którą prowadzę na pewno ma jakiś sens i prowadzi mnie w jakimś konkretnym kierunku, czy może jednak trzyma mnie w miejscu, a ja biegnę, męczę się, ale nie przesuwam się ani o milimetr do przodu...
Niby coś się zmienia... Niby dochodzę do jakichś wniosków, zastanawiam się, myślę o różnych kwestiach i ewentualnościach. Ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że tak naprawdę jednak tkwię w miejscu. A co gorsza, nie mam pojęcia co zrobić, żeby kolejny krok powiódł mnie wreszcie do przodu... Czy ja w ogóle potrafię ruszyć do przodu?
To wszystko z boku tak wspaniale wygląda... Dokształcam się, robię kursy, obklejam się cholernymi papierkami, mam pracę, którą lubię... Ba, spełniam swoje marzenia. Czy może być coś lepszego? Czego ja jeszcze chcę? - mógłby ktoś zapytać...
A w środku nieznośna cholera pustka... która tak naprawdę wypełniona jest po brzegi emocjami i myślami, które nigdy nie ujrzą światła dziennego, a które trzymają mnie w miejscu i nie pozwalają się ruszyć. A więc to jednak to? Bagaż, którego nie można się pozbyć? A było już tyle zakrętów na mojej drodze... myślałam, że już dawno wypadł.... wmawiałam sobie? Chciałam w to wierzyć? Chciałam, by zniknął? Jak niczego innego... A jednak chcieć, chyba nie zawsze znaczy móc.