|
2012/05/06
|
||||||||||
|
||||||||||
|
||||||||||
Troszkę boję się jutra.
Wodzi za nos, prosi o westchnienia, podnosi ciśnienie, każe dramatycznie odwracać wzrok, dziwne myśli dziwnych zdarzeń pod powiekami przewleka nicią.
Bardzo ją lubię.
Co nie zmienia faktu, że wracamy do punktu wyjścia, do AKTU BEZDECHU.
Pamiętamy jeszcze?
Moment między wdechem a wydechem. Wtedy przez twoje myśli, wbrew twej woli, poza twoją świadomością przemyka każdorazowo myśl, czy będzie kolejny wdech. Nawet nie zauważasz, że lekko drżysz, w tej krótkiej chwili.
Robisz to niewłaściwie, człowieku!
Jestem, z całą moją skromnością, mistrzynią aktu bezdechu. Niestety, nikt nie jest w stanie tego potwierdzić, musicie mi na słowo uwierzyć (bardzo to głupi pomysł, ale lepszych brak).
Ów akt bezdechu jest za każdym razem, kiedy mój wewnętrzy dajmonion, który wypędził z mojego życia Ducha Czarnego Kota i jest kobietą o mojej twarzy i uśmiechu (ma ciemniejsze włosy; tą złą, jest) przeszarpując igłę przez skórę pod powieką naplata naparstkiem na moje oczy kiedy śpię setki różnych herezji.
Te setki składają się na tą jedną, właściwie-niewłaściwą. Której oczywiście nie podam wam tutaj. Nie rozdaję kluczy do swojej duszy ot tak!
Wracając do aktu. To jest tak, kiedy bardzo czegoś chcesz, a tego nie ma. Inaczej. Kiedy bardzo Kogoś chcesz, a ten Ktoś utrzymuje cię w napięciu, właśnie nie-będąc. Patrzysz, czekasz, pragniesz, chłoniesz - nie ma.
Denerwujesz się. (tutaj dramatyczno-teatralne odwracanie głowy, wzroku, westchnienia i zrezygnowanie).
A potem w TYM momencie (tym, którego wam nie podam, bo klucze; etc) Ktoś się nagle pojawia.
Na kilka sekund.
I te kilka sekund
to akt bezdechu