Dawno nic nie pisałem. Ale teraz muszę wylać z siebie wszelkie "żale" nt filmu jakim jest "Sala Samobójców". I tej całej szopki jakiś czas temu, wznoszenia tego filmu na piedestał. Pewnie zostanę po napisaniu tego grubo zjechany, bo opinie o filmie są w zdecydowanej większości pochlebne, no ale trudno, kolejny raz się wybiję trochę, i napiszę jednak coś wielce dalekiego od pochlebstw. Od razu mówię, że nie mam zamiaru dyskutować o tym (z lenistwa choćby. Z doświadczenia wiem, że byłyby to albo dyskusję nie na poziomie, albo długie dyskusję na poziomie, ale... no właśnie długie, więc z lenistwa), chcę tylko wyrazić opinię.
Od czego zacząć? Może od tego, że film stracił w moim oczach już na samym początku, gdy dowiedziałem się o czym będzie. Od razu skojarzyła mi się produkcja "Ben X" z 2007 roku, która o niebo lepiej mi się podobała, a jednak, fakt faktem, jest w podobnym klimacie. Nie wiem czemu film zbiera tak dobre oceny. Dla mnie to pseudo-psychologiczna papka dla szerszej (szarej) masy. Pewnie twórcy mieli na celu stworzenie filmu, po którym seansie, widz wyjdzie z pewnymi refleksjami. Myślę, że w większości przypadków minęło się to grubo z celem, a skończyło tym, że owy widz, był dowartościowany, że przecież właśnie poszedł na wielce ambitny film, i go zrozumiał. Brednie, nie ma w nim nic ambitnego, nie wymaga on od widza niczego więcej niż tylko oglądania. Poza tym, jak można mówić o głównym bohaterze, że jest przeciętnym nastolatkiem (zwyczajnym chłopcem)? Nie znam nikogo kogo wozi szofer do szkoły, sorry. A sam fakt, że rodzice nie zauważają, że dziecko nie wychodzi przez 10 dni z pokoju też do przeciętnych nie należy. Nie mówię, że się to nie zdarza, ale kurde, to są sprawy grubo marginesowe. Gdzie tu przeciętność. Poza tym to całe uzależnienie od Internetu, o jakim było można słyszeć sporo przy promocji filmu. To jest naprawdę grubo wyolbrzymione. Główny bohater się po prostu zakochał (bardziej odpowiednie słowo to może zauroczył, lub coś w ten deseń). W realnym świecie został odrzucony, pewna grupa go przyjęła do siebie - w wirtualnym świecie, bo w wirtualnym, ale wystarczyło. Ponadto, przyjęła go niczym rodzina, dała pewnego rodzaju poczucie bezpieczeństwa, mógł się tam odnaleźć. A prawdziwa rodzina mu przecież tego nie dawała. Poczuł się potrzebny, do dziewczyny zaczął coś czuć, zaczęła coś dla niego znaczyć, ona na pewno też coś czuła (świadczy o tym choćby koniec filmu, jakby była neutralna, byłby na pewno inny). I tyle, a Internet był "przy okazji" tego wszystkiego, samobójstwo również. W ogóle całe to odrzucenie głównego bohatera przez społeczeństwo, wyśmiewanie się przez znajomych z tego co się stało. To w ogóle do mnie nie trafia, nie wydaję mi się to wielce dramatyczne, nie uderzyło to we mnie, bo już to widziałem. Zero zaskoczenia. To wszystko jest nie tak jak miało być, nie tak jak twórcy z początku zapewniali. Myślałem, że dostanę coś, co mną naprawdę wstrząśnie, wgniecie w fotel, ale niestety. I tak przy okazji, rozwalają mnie komentarze, że ten film "ryje psyche", "ryje banie" czy inne pokrewne, o czymś podobnym. Litości. "Ryć psyche" to może dla przykładu "Salo, czyli 120 dni sodomy", ale nie coś pokroju "Sali samobójców". Oceniłbym ten film na jakieś... 3/10. Punkt za muzykę (miejscami naprawdę świetna), animację i za fajnie odegraną postać Sylwii. Ale ni w ząb więcej.
Dodam tylko, że oprócz filmów z "dużego ekranu" jest jeszcze masa innych, mniej znanych, niedocenianych produkcji, ludzie, otwórzcie oczy. Można znaleźć tyle perełek.
18/08/2011 3:29:59
22/01/2011 21:42:53
05/08/2010 22:19:56
01/08/2010 19:09:43
20/07/2010 0:13:44
13/07/2010 15:40:18
21/06/2010 23:08:37
02/06/2010 16:10:06
Wszystkie wpisy