Wypełnia pustkę, nie miłością, nie słowem, a samym byciem. Żałuję, że kiedykolwiek podniosłam wzrok, że wypowiedziałam jakiekolwiek słowo. Wiem, jestem żałosna ciągle użalając się nad sobą, ale lubię iść na łatwiznę. A przecież łatwiej powiedzieć jest, że w życiu tak Ci ciężko, że nie wiesz co ze sobą zrobić, że jesteś sam, niż tak naprawdę, szczerze i z całego serca uśmiechnąć się do świata i przyznać, że jest się tak naprawdę i w zupełności spełnionym. Tak jest ciekawiej, wszyscy romantyczni bochaterowie cierpieli, a bycie romantycznym jest na topie nie? Aż głupio się przyznawać. Kocham patrzeć na niebo z myślą, że poza cierpieniem nie istnieje nic co mogłoby mnie dotyczyć, a co tak naprawdę mnie zraniło? Moje dzieciństwo? Rodzice? Dojrzewanie? Facet? Do jasnej cholery cierpię a nie wiem czemu?! Może na wymus. Może z przyzwyczajenia. A może dlatego, że lubię gdy ludzie czują, że mam gorzej w życiu.
Na zawsze wypełniona pustką, czy coś w ten deseń.
O zapomniałabym, zbywam stąd. Nie spodziewać się mnie tu, chyba że na jakimś sensownym komentarzu. Bo w sumie nie mam potrzeby powtarzać tego co już było. Bo wszystko co czuję teraz czułam i czuć będę. Zupełnie nic.
Dobranoc