Zapracowane niebo, z chudym, cherlawym księżycem, rozproszonymi gwiazdami, ciemnymi chmurami, które zapomniały, po co płyną. Samolotami w pośpiechu, słońcem, co odeszło, ale wspomnienie po nim pozostało żywe. I moje niebo ma dźwięk. Ciepły, usypiający, niedzielny. A kolor jego s w o b o d n i e przepływa od błękitu do ciemnego atramentu. I w pewnym momencie myślisz sobie: ile jeszcze osób patrzy w niebo w tym momencie? Czy czują to, co ja? Czy ktoś teraz porównuje urodę swej ukochanej do migoczących gwiazd, czy ktoś czując się maleńkim w stosunku do wszechświata właśnie postanowił umrzeć? I dlaczego ja, pod kopułą tego nieba oddaję się tak przyziemnemu zajęciu jak nauka chemii? Aldehydy, ketony, kwasy karboksylowe. Zero poezji. Nic z poezji w moim życiu. Marność nad marnościami. Trzeba się, kurwa, ogarnąć.
06/03/2011 19:03:15
11/02/2011 21:49:56
13/01/2011 21:08:10
21/11/2010 22:25:54
10/10/2010 21:59:47
24/08/2010 20:46:27
17/08/2010 22:52:05
14/08/2010 23:42:02
Wszystkie wpisychillouting
haaa
gaiete
soundofsarcasm
funnysmile
rudaitak
karpinski
melmano
Wszyscy znajomi