...ale wiecie co? Chamstwa nie zniesę!
Zacznijmy od tego, że taki dzień, jak na przykład 5 stycznia, to dla pracowników marketów dzień wyjęty z życiorysu. A dla klienta kompletny armagedon. Zamknięte sklepy na jedną dobę oznaczają totalną zagładę. Coś na obraz klęski żywiołowej, czy coś w ten deseń. Takich zakupów to chyba nawet na Święta się nie robi, a tu wystarczy tylko dzień wolny od pracy i wózki nagle stają się za płytkie.
Co za tym idzie: kolejki. Mi by się nie chciało stać z jednym sokiem, batonem i ananasem pod pachą w kolejce od kasy aż po pieczywo. Ale niektórzy nie mają wyjścia. Jeść trzeba. Szkoda tylko, że najwięcej w kolejce jest tych, którzy mają pełne lodówki i jeden jedyny argument pod tytułem: "a jeśli mi się zechce wafelka, oliwek, jogurciku, kabanoska albo czegoś w tym stylu, to co ja wtedy zrobię?". I taki biedaczyna, który po prostu musi coś zjeść, stoi 40 minut (to nie kit, moi współlokatorzy byli, liczyli) z kilkoma drobiazgami potrzebnymi do życia. Zadziwia jeszcze tylko w takich sytuacjach prosta ludzka życzliwość:
-Pan ma tylko te dwie rzeczy, może skasuje się pan przed nami? - wyglądam wtedy mniej więcej tak: *.*
I ja wiem, naprawdę rozumiem, że to tylko Biedra. Nasz spot reklamowy mówi sam za siebie, jaką mamy reprezentację Polski, jakiego sponsora, tak wypadamy w oczach narodu. Cóż, patriotyzm to patriotyzm. Ale na litość... dlaczego... jogurt w płatkach kosmetycznych? Za co, pytam, parówki w mrożonkach? Po co pasztet w gumach Orbit? Że piwo w chłodniach, tam gdzie wędliny, jeszcze jestem w stanie zrozumieć. Ale nie zgniłe mandaranki na płynie do naczyń.
Porzucone na każdej alejce koszyki z zakupami to już inna hostoria. Ale w tej sytuacji pamiętajcie, kochani klienci, że każdy kij ma dwa końce :))
I ostatnia, najważniejsza rzecz... Biedra na Grunwaldzie to sklep, gdzie są prawdopodobnie największe kolejki i największy problem z drobnymi. Podejrzewam, że te kłopoty dotykają też inne punkty. Dlatego przychodząc do takiego sklepu, z taką właśnie świadomością (bo, kutwa, nie robicie tam zakupów od wczoraj!), prosto z bankomatu, z jedynym banknotem w łapie o nominale 50 lub 100 a nawet i 200, liczcie się, że postoicie nawet dwa razy dłużej, niż ustawa przewiduje.
- Dostanę jakieś dorbne? - pytam. W odpowiedzi słyszę gromkie: NIEEE!!! Procedura jest wtedy prosta: wstaję i najwolniej jak tylko umiem przechadzam się pomiędzy wszystkimi kasami w poszukiwaniu kolegi/koleżanki, której udało się uzbierać w cudowny sposób trochę bilonu. Po powrocie na swoje miejsce pracy zastaję znudzonego, podpartego o kasę klienta. Kompletna strata WASZEGO czasu! Ja i tak muszę tam siedzieć, więc mi bez różnicy :)) W takich sytuacjach zastanawiające jest tylko jedno: gdzie jest ten biedny naród? Same stówki i pięćdziesiątki... ciekawe...
Z tego miejsca pragnę podziękować Wam wszystkim przygotowanym klientom, dbającym o pozostałą oślą część, bo usprawniacie cały system zakupowy. Rozumiem, że nie zawsze można być przygotowanym, nie zawsze można być skupionym, ale chociaż czasem postarać się o współpracę. To tak nie wiele kosztuje, a i praca i zakupy Wasze szybciej przebiegają. Pomyślcie o tym Zakupoholicy :)