deszczowy wakacyjny piątek i ani pół żywej duszy obok, do której można by wypowiedzieć kilka słów. ach. widzę kawałek niebieskiego nieba za oknem, a więc jest nadzieja, że w godzinach wieczornych padać nie będzie. nadzieja matką głupich jednakże wolę to od smęcenia ''będzie padać, zmarznę, wkurwię się i nic dobrego z tego nie będzie''. czyli pozytywne nastawienie mam, to jakby połowa sukcesu. na drugą połowę składa się wiele czynników. przecież dam radę.
forever alone kurwa. no pięknie się załatwiłam. mam w głowie taki chaos, że sama nie jestem w stanie ogarnąć o co konkretnie mi chodzi. a co dopiero ktoś ''z zewnątrz''. taki mężczyzna na przykład. on to ma ciężkie życie. kobieta ma zły humor, on też musi mieć, bo jeśli nie to przecież na niego nawrzeszczy, że jest nieczuły i jej nie rozumie. a jak ten biedak cokolwiek ma zrozumieć, kiedy ta bestia w ciele niewinnej istoty utrudnia drogę do rozwiązania problemu tak bardzo jak tylko zdoła. kobieta też wcale nie ma tak łatwo. nie tylko krzyczy i się denerwuje, nie tylko zarzuca brak jakiegokolwiek wsparcia ze strony mężczyzny. kobieta też walczy sama ze sobą, bo często nie jest w stanie wskazać jednej, konkretnej przyczyny niepoprawnego zachowania. i kończy się na zdaniu ''jestem kobietą, mam prawo do huśtawek nastrojów, do wszystkiego mam prawo, a ty, mężczyzno, masz to akceptować, rozumieć, szanować i pomagać. zawsze''. tak też rodzą się nieporozumienia, bo nie do końca wszystko jest jasne dla obu stron. i to jest właśnie taki zapalnik. lont płonie, złość się gromadzi a później wielkie BUM. i tak samo wielkie zaskoczenie, bo ''moja druga połowa'' jest taka, siaka i owaka. to wbrew pozorom nie jest początek jakiegoś tam końca. takie sytuacje kradną pojedyncze cegły z wielkiego muru, którym jest związek. i dopiero one pokazują czy ten związek jest trwały. jeśli po jakimś tam czasie dziury w tym murze zostaną uzupełnione to dobrze. szczęście wraca, wszyscy są weseli i jest happy end. ale jeśli ta kobieta nie zdąży uzupełnić tych luk to cały mur runie, wielkie gruzowisko nie będzie nadawało się już do niczego, nie będzie co ratować i tak się skończy historia wielkiej miłości. nie będzie fajerwerków, łez szczęścia i dalszego ciągu. nie ma uniwersalnego zakończenia. szkoda. o ile łatwiej by było, gdyby człowiek miał pewność, że wszystko zawsze będzie kończyć się dobrze. tak dobrze to nie ma, życie na kazdym kroku może zaskoczyć. najważniejsze jednak, żeby ten biedny mężczyzna nie był obwiniany za całe zło tego świata i żeby ta kobieta potrafiła przyznać się, że zrobiła źle. wiara w to ''że jakoś to będzie'' nic nie da. trzeba pracować nad sobą, myśleć zanim się coś powie i ogarniać swoje humorki.