Put yours heads up in the air.
ostrzegam. długie i nudne.
Cholera.
i znowu, jak za dotknięciem czarodziejskiej (jakże fatalnie to brzmi) różdżki powróciło wszystko. WSZYSTKO to, co było złe rok temu. Emocje, zdenerwowanie i smutek. Cholera, a było już tak dobrze, uspokoiłam się, znalazłam pasję, przyjaciół, nadzieję i K.
I oczywiście wszystko poszło się j... na spacer znaczy się poszło. Wczoraj znowu nie spałam. Tabletki z kofeiną na przeziębienie. idiotyzm. podwójna dawka. i chyba niestety zaczynam rozumieć swoje bóle głowy. Lekarz chyba miał rację, chociaż nie chciałam się z nim zgodzić. jak to, przecież jestem spokojna, wszystko jest w porządku. ale chyba nie oszukałam organizmu, który się zbuntował. a za dwa tygodnie badania. ciekawe... Wampiryzm emocjonalny ma na mnie niekorzystny wpływ. dawno nie było mi tak źle. mentlik. moje wewnętrzne ja samo nie wie, czego chce. masochizm. emocjonalny, ale zawsze. nie sprawia mi radości sam ból, ale nie robię nic, żeby go powstrzymać, bo przecież z tym jednak też wiąże się coś pozytywnego. Damn it. Chyba gdzieś o tym czytałam. idealna lektura na mój obecny stan to "Księżyc w nowiu". Kolejny objaw masochizmu to to, że nie odłożyłam książki, tylko przez łzy czytałam dalej. I jakoś nie obchodził mnie fakt, że jest prawie 4 rano a ja jestem chora. I że już nawet literki są niewyraźne. Jakieś dziwne odbicie mojej sytuacji. Tak czytając pomiędzy wierszami. Tego dnia czułam się podobnie. Ależ jestem podła, ha! Cóż, nie ma ideałów. A więc ciąnę dalej coś, co obiecałam ratować. To nic, że efektu brak a nerwy w strzępach. Bo przecież ciągle jest 'nadzieja' tak zwana, że może się poprawi. Że może wróci to, co było. Naiwna wiara trzyletniej dziewczynki w Mikołaja. A przecież i tak "Mikołaj więcej daje bogatym dzieciom niż biednym", to tak przy okazji jakiegoś artykułu. A co. Poczekam sobie jeszcze trochę i poudaję, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Wszak wprawę już mam. Ale czasami taka maska by się przydała. Żeby choć na chwilę odpocząć od sztucznego uśmiechu.
Czekam na impuls, który wniesie w moje życie radość, taką czystą i prawdziwą. Może potańczę. Przecież nie umiem tańczyć, plączą mi się nogi. Ale nie obchodzi mnie to, byle do piątku. Znieczulona na ból zatańczę sama ze sobą. Szaleńczy weekend jest dobry, nie masz czasu na myślenie wtedy. A więc trzymając jako tako nerwy na wodzy sprobuję się bawić. Chociaż i tak nie będę bawić się dobrze. A dlaczego? Ty wiesz. I wystarczy. A w niedzielę założę deskę na nogi i zjadę sobie w dół nie martwiąc się o to, że nie umiem jeździć. Ha! Wiatr we włosach. A za 10 dni rajd. Pojadę i znowu spróbuję udawać, że bawię się dobrze. Zawinę się w śpiworek i zasnę. A teraz czas na mnie. Wypłakałam się, wypisałam... Dawno nie robiłam tego. Bardziej proza niż wiersz. Bardziej życie niż sen. Krok za krokiem w kolejny dzień. w kolejną noc. w kolejny smutek i w nadzieję na uśmiech. Bo przecież może znowu być dobrze tak, jak było. jak było...kiedy? Wtedy. mi to wystarczy. a Tobie...?