"Noc z piątku na sobotę była dla mnie mordęgą. Nie potrafiłem zmrużyć oka, bo na każdy szelest zrywałem się z łóżka i podbiegałem do okna. Zupełnie nie docierały do mnie logiczne tłumaczenia, że jest środek nocy i ciężko byłoby, gdyby właśnie o pierwszej pięćdziesiąt dwa Kamil postanowił rozpocząć przeprowadzkę.
- Andrzej? - szepnąłem w słuchawkę telefonu.
- No, co tam? - odparł łagodny głos.
- Boję się, że przegapię moment, kiedy tutaj przyjedzie - zdradziłem drżącym tonem.
- Śpij spokojnie - prosił Dunaj - na pewno przyjedzie jutro rano.
- Jesteś pewien?
- Na sto procent. Dobranoc.
- Dobranoc.
Rozłączyłem się, a po chwili znów zadzwoniłem do Dunajewskiego.
- Obudziłem cię? - zapytałem już nieco bardziej przytomnym głosem.
- Nie. Też nie mogę spać.
- Jest już prawie kwiecień...
W słuchawce zaszemrało, jakby Andrzej zaśmiał się krótko.
- Dla mnie wszystko było wczoraj.
Nie wiedziałem, co powiedzieć. Dunaj musiał cierpieć po śmierci Adriana, a ja dopiero wtedy go dostrzegłem. Nie umiałem nawet sobie wyobrazić, jak musiał być silny. Ile trudu kosztowało go uśmiechać się do ludzi, chodzić na ostatnie zajęcia przed maturami. Mógł zostać w domu i się uczyć, ale zapewne zadręczały go wówczas myśli. Sam Daniel Czapla puścił farbę, przez przypadek wygadując się o podejrzanych snach Dunajewskiego.
- Przepraszam - westchnąłem nieco płaczliwie.
- Nie masz za co. Gdybym miał do kogo dzwonić, też bym się ratował. Znam Kamila, ale ty Adriana już nie. Nie mogę zadręczać cię problemami, o których nie masz pojęcia. Nie zasługujesz na to - dodał po chwili - sam masz swoje kłopoty.
- Jak moje problemy mają się do twoich?!
- Kuba, każdy problem jest równo ważny.
Zamilkliśmy. Nadal nie umiałem pogodzić się z jego pocieszeniem.
- Nie mogę cię tak obciążać - orzekłem w końcu chłodniejszym, lecz nadal opiekuńczym, głosem - idź spać. Dam sobie radę.
- W to nie wątpię - przytaknął melodyjnie Andrzej.
Rozłączyłem się i nagle zrobiło mi się diablo zimno.
Byłem tak zmęczony, że bez problemu zmorzył mnie sen.
Zbudziło mnie dopiero silne, kwietniowe słońce, przeciekające przez szpary w żaluzjach. Zerwałem się na równe nogi, ale silne zawroty głowy usadziły mnie z powrotem na łóżku. Jednak niestrudzenie brnąłem przed siebie, aż wreszcie dopadłem parapetu. Kurczowo złapałem się jego brzegu, mrużąc oczy. Dopiero kiedy przestało mi się kręcić w głowie, a mrowienie w nogach ustało, spojrzałem w górę, rozchylając palcami listki w żaluzjach.
A jednak na ulicy nikogo nie było. Z pewnym smutkiem, ale i ulgą, rzuciłem się z powrotem na łóżko. Odetchnął ciężko pyłkami z pościeli, które wzbiły się w powietrze.
- Jestem idiotą - jęknąłem sam do siebie.
Mimo to za tym stwierdzeniem nie poszły żadne działania."
- Kto tam znowu rozmawia?!
- Justyna. Sama ze sobą.
vaguemoth
- 7 godz. temu
matys1993
- 9 godz. temu
niallhn
- 9 godz. temu
yougavetherain
- 10 godz. temu
10 godz. temu
30/05/2012 8:57:01
27/05/2012 14:49:32
18/05/2012 21:01:55
16/05/2012 16:43:07
15/05/2012 19:28:57
14/05/2012 16:54:17
13/05/2012 19:25:24
Wszystkie wpisyreksio
kateeem
taak
vaguemoth
niallhn
madziiuula
matys1993
alliiszja
Wszyscy znajomi