Problem polega na tym, że my tu nie pracujemy duszpastersko, tylko odprawiamy Msze. Żeby pracować, trzeba z tymi ludźmi być. Mieszkać tu, poznać ich, żyć ich problemami, pocieszać, czasem wskazać, że nie tędy droga, spędzać z nimi wieczory i rodzinne uroczystości.
Jako, że mam się przygotowywać naukowo to przez te lata niemożliwe. Jest to coś, co zaczyna mi doskwierać w miarę jak poznaję i przywiązuję się do tych ludzi (jasne, że lepsze choć tyle, ile robimy). Prawdziwe życie to życie w konkretnym miejscu z konkretnymi ludźmi. Takie życie na powierzchni, że niby ktoś dużo zwiedza i poznaje świat itd... tak naprawdę poznaje się tylko obrazki. Człowiek, który całe życie zmienia miejsca i kraje zamieszkania nie wie o świecie i ludziach prawie nic, to jakaś ucieczka od prawdziwego życia. Chociaż ogólna opinia jest przeciwna.
"Zostawiono mi też swobodę szukania rozrywek poza granicami ścisłej dyscypliny. I szukałem rozrywek różnych. A wszystkie one były kurtyną ciemności pomiędzy mną a jasnością pogodną Twojej, Boże, prawdy; dymiła, jak z tłustości, nieprawość moja.
To pewne, Panie, że za kradzież jest kara na mocy Twego prawa, jak też prawa, które jest zapisane w sercach ludzi i którego nie wymazuje nawet największa nieprawość nasza. Jakiż bowiem złodziej spokojnie pozwoli na to, żeby ktoś inny go okradł choćby on sam był zamożny, a tamten działał przynaglony nędzą. A ja zapragnąłem ukraść i ukradłem, bynajmniej nie biedą skłoniony, lecz tylko niedostatkiem uczciwości, wstrętem do niej i upodobaniem do występku. Ukradłem to, czego miałem już i tak za wiele, i to lepszego rodzaju. Zapragnąłem nie tej rzeczy, po którą wyciągnąłem złodziejską rękę, lecz samej tylko kradzieży, grzechu" (Augustyn, Wyznania, II, 4;5)
horala
- 22/03/2010 8:20:27