Żuraw przy niebieskim szlaku z Wołosatem na Tarnicę (w tle). Troszkę przed szóstą.
I było się w Bieszczadach. Trochę za krótko, nie było mnie na każdym szlaku i na dodatek nie zdążyłam tak całkowicie zaprzyjaźnić się z bieszczadzkim aniołem :) Ala nie ma co, codziennie pobudka raniutko, aby szybko wyjść na szlak. Nagroda - zero ludu, rześkie i chłodne powietrze. Jeden dzień był dosyć męcząc:- Tarnica - Halicz - Rozsypaniec - Wołosate. A oprócz tego, gdy wesoło wracało się już do kwatery, trzeba było jeszcze wysilać gardło i pocieszać już zmęczonych pieszych...
Jeszcze innego dnia, w chmurach, wspinałam się na Połoninę Caryńską. Tylko momentami wiatr się zmiłował, rozsunął na kilka sekund chmury i ukazał kawałek lasu gdzieś na dole. To było niesamowite. Tak dla otuchy nuciło się jeszcze stare dobre piosenki ;)
Była też jazda na hucule - świetna.
Potem kilka dni z Zamościu, koniki polskie i do domu.
Jeszcze się okazało, że Misiek chorował... Temp. 40 stopni, antybiotyki... na szczęście teraz jest ok.
Pozdrawiam.
In secula seculorum!
Ale czuję jakiś niedosyt na zdjęciu... ech ;)
28/08/2009 20:22:25
22/08/2009 13:40:40
21/08/2009 17:49:28
01/08/2009 20:08:01
22/07/2009 20:38:28
21/07/2009 22:07:35
18/07/2009 14:30:26
04/07/2009 19:22:38
Wszystkie wpisy