Miałam naprawdę miły sen. Taki... niby zwyczajny, ale cudowny. Ostatatnio często miewam takie sny, tylko... czemu to tylko sny?
Obudziłam się (z wielkim żalem, wolałabym dalej sobie śnić) 4 wiadomości, na tel. i jedna wystarczyła by czar prysnął. Całkowicie ogarnął mnie nagły smutek i tak skulona sobie leżałam, rozmyślając nad tym. I co? No i cóż... Dawno nie było mi tak przykro, poczułam się jak idiotka, która znowu uwierzyła, która znowu miała tą głupią nadzieję. Rozżalenie mieszało się z malutką złością, ze zwyczajnym smutkiem.
Potem nagle sobie uświadomiłam jakie te moje myśli są egoistyczne. I z tym zrobiło mi się jeszcze gorzej. Wiem, że nieraz sama siebie nakręcam, ale może to wynik tego, że z niektórymi rzeczami sobie po prostu nie radzę. Niestety mam prosty mechanizm działania - usłyszę, że jest źle, złość mija, a pojawia się współczucie i lekka nienawiść do samej siebie, że zamiast wsparcia daję... co? swoją smutną, wyglądającą na obrażoną minkę. A teraz jak myślę, to mimo wszystko dalej mi przykro. Nie jestem zła, tylko zawiedziona, mimo wszystko. A do tego martwię się i mi przykro. Bo jak ma mi nie być przykro, jak ktoś robi coś wbrew swojej woli?
Od dawna sobie powtarzałam, aby nie przywiązywać się do nikogo, ani do niczego, bo i tak się wszystko traci. Cóż, prosta zasada, którą się tak ciężko kierować. A było by dużo łatwiej. Nie brakowałoby mi nic, nie tęskniłabym - tylko piękne życie chwilą. Jednak nie dla mnie. Nie wiem co dalej. Nie wiem co powinnam, wiem czego chcę, ale czuję, że tracę siły. Jak tak dalej pójdzie, to wkrótce wszystko zacznie mi być obojętne. Znowu. Nie chcę powtarzać błędów, ale... czasem to najprostsze rozwiązanie.