Wracała od koleżanki. Myślała o awanturze, jaka rozpęta się w domu. Zasiedziała się. Mąż będzie zły, będzie krzyczał, czerwienił się i puchł, a potem siniał. A potem mu przejdzie i odbędą kompromitujący stosunek, jak nieme przypieczętowanie zgody.
Deszcz zacinał z ukosa, wiatr szarpał bezradne nagie drzewa za gałęzie. Pogoda płakała czarno, listopadowo, miasto nasiąkało jej łzami. Światła migotały bez przekonania. Zwykła kobieta w
zwykłym płaszczu daremnie uchylała się kroplom deszczu. Potrącana przez zimne powiewy dotarła w końcu do przystanku obok szpitala psychiatrycznego. W tym szpitalu pracowała jej koleżanka i zmarł ojciec.
Zerknęła na zegarek, ponownie myśląc o czekającej ją w domu kłótni, czy monologu raczej. Dobrze, będzie jeszcze jeden autobus. Ostatni. Niedługo. Dobrze. Usiadła na ławce, ciesząc się z zadaszenia chroniącego ją przed listopadem pchającym się na ziemię i pod płaszcze. W oczekiwaniu na autobus zaczęła czytać napisy wyskrobane na wiacie przystanku. Wyznania miłosne, obelgi i nazwy klubów piłkarskich, a właściwie jednego.
Nagle spostrzegła zbliżającą się w jej kierunku sylwetkę. Rosły mężczyzna szedł od strony parku należącego do szpitala, w którym zmarł ojciec i pracuje koleżanka. Kobieta na przystanku zaczęła czuć się nieswojo. W pobliżu nie było nikogo. Tylko ona i zbliżający się cień. Koleżanka, ta,która pracuje w szpitalu w którym zmarł ojciec, opowiadała, że niedawno ktoś uciekł z placówki. Niebezpieczny wariat jakiś. Niebezpieczny wariat nałożył twarz męża kobiety, zaczęło jej się kręcić w głowie. Tymczasem cień zbliżał się powoli lecz nieuchronnie. Ogarnęła ją lekka panika, chciała zerwać się i uciec gdzieśtam. Nie wiedziała dokąd, więc siedziała na miejscu. Postanowiła wstać, łatwiej jest uciec. Wstała więc. Potężny cień przestał być cieniem, wszedł z krąg światła latarni, ale jego twarz nadal pogrążona była w mroku. To nie mąż. Oczy przybysza były mętne. Cały przemoknięty i trzęsący się podszedł bardzo blisko stojącej. Śmiało spojrzał jej w twarz. Zobaczyła, że jego oczy są szare jak popiół. A więc nie mąż. Mężczyzna przez chwilę patrzył na nią. Widziała, jak płynnie przeszedł od wielkiego zdziwienia do zwykłej ludzkiej nijakości. Wyobraziła sobie własną twarz, tak jak on ją widział: przerażoną, bo stoi przed nią wariat z tego szpitala co umarł w nim ojciec. Człowiek tymczasem już zupełnie się opanował, założył na twarz obojętność i zapytał:
- Haszło?
I oczy mu zalśniły pytaniem. Kobiecie zakotłowało się w głowie. Zniknął na chwilę mąż i czekający ją akt obustronnego upokorzenia. Ale jej bardziej, bo to ona się zasiedziała. Hasło? Chce hasło? A jak nie, to co? Co mi zrobi? Uciekać? Nie...
- Liść dębu - słowa wypełzły mimo jej woli, absurdalna, nędzna improwizacja. Usłyszała własne bicie serca, coraz szybsze. Poczuła, jak rozszerzają się źrenice, poczuła uderzenie krwi w mózg. Ogłuszyło ją to, nogi zmiękły, ręce opadły. Co teraz, co teraz? Wciągnęła głęboko powietrze. Głośno. Wreszcie odważyła się spojrzeć w jego twarz. Wyglądał na wariata. A ona jeszcze bardziej. Jej szajba odbiła się w jego twarzy.
Nagle usłyszała ryk maszyny. Mężczyznę stojącego przed nią oświetliło żółte światło. Posłał jej ostatnie wariackie spojrzenie i wsiadł do ostatniego tego dnia autobusu linii H, który właśnie nadjechał.
01/10/2011 17:11:50
29/04/2011 12:11:15
18/04/2011 19:56:02
11/04/2011 18:40:39
27/03/2011 23:45:07
20/03/2011 12:02:28
22/08/2010 9:39:27
29/05/2010 17:27:58
Wszystkie wpisyileprocentduszy
werlos
smynia5
0gnista
carroty
xkochamwszystkichx
wkkenator
zabajona
Wszyscy znajomi