donne moi ton coeur! dryfując w bezbrzeżnych odchłaniach ludzkości
śpiewając o kwiatach
różanych
dyskurs prawiłem nad brzegiem morza
przez fale wciąż wgłąb spychany.
aż stopa zetknęła się z kolcem zawiści
aż kości przebiła na wskroś przemilczane
bo któż chciałby mówić o kościach śródstopia
które wielbione są i kochane?
nie! ja nie słyszę bo słyszeć nie mogę
okrzyków cierpienia i mrzonek ludzkości
w popiele ostało się człowiecze ciało
lecz niewzruszone zostały kości.
Lecz wtem ja patrzę, a tam ząb złoty
nie-ząb nieprawdziwy, lecz skory do zwierzeń
mówi że kocha, twierdzi że wierzy
lecz ja już kompletnie w nic nie wierzę
moje bezkreśnie puste emocje
kreślą ciemności w odmętach rozumu
bo cóż z rozumu, gdy umysł szwankuje
i cóż z bezmyślności? Gdy po kryjomu
duma uciekła, jest tuż za rogiem
spogląda na lustro swym wściekłym okiem
wściekłe, bo w lustro już patrzeć nie może
widzi jedynie morze i morze
morze wylało
rzeka ucieka
domy podmyte
świat się zawalił
trup na ulicy
kwiaty na trawie
trawa przerosła moje mniemanie.