Powoli zbliża się koniec świata, dlatego może nie znajduję żadnej ciętej riposty w swojej głowie, żeby uciąć wszystkie kretynizmy, których jest tylko stopniowo więcej i więcej. Jest gorąco, przyklejam się do krzesła, biurka i laptopa równocześnie i z tych właśnie przyziemnych powodów (a nie na przykład w związku z wygórowaną ambicją) najzupełniej w świecie mi się nie chce.
To półtora tygodnia jest mi niepotrzebne. Jest tylko jakimś śmiesznym wypełnieniem, skoro ja i tak muszę czekać aż do 12 lipca, żeby dowiedzieć się, czy będę w przyszłości księżniczką czy pilotem śmigłowca. Tak naprawdę zapowiada się całkiem pozytywnie ze względu na chociażby ludzi i tak zwanych prowizorycznych nowych znajomych, których coraz więcej przybywa, a i porozmawiać jest o czym i pośmiać się jest z czego. Szare barwy zaczynają powoli mnie opuszczać, może jednak jakoś to będzie.
Ale, jak to krzyczy do mnie mój bank, wolę jakoś czy jakość? Chyba jednak mimo wszystko będzie to jakoś, bo skoro tu i tam się powoli układa, to co innego, najważniejszego się pieprzy ostro. Ale ja powoli muszę stawać się życiową i przyszłościową egoistką, bo czuję, że źle na tym skończe. Już jest źle w sumie, a może być jeszcze gorzej. Może przez wakacje coś się zmieni na lepsze. Nadzieja matką głupich?
To ten upał jest odpowiedzialny za moje przygnębienie. Dlatego namiętnie uzupełniam elektrolity powerade'em i czereśniami. I czekam do 12.
~~~
Na zdjęciu Lucy, czyli z dawna dawna. Wojtkowe. Ostatnio je odkopałam i zakochałam się w nim na nowo.
Teraz czas, żeby Mistrz zaczął się tu pojawiać, tylko zdjęć brak.
Mistrz się przełamał ogólnie i skoczył wodę metrową jak zwykłą przeszkodę, tak gdyby kogoś to obchodziło. Szkoda tylko, że na zawodach tyle trąb, ale nic to. Do przodu, panowie!