Nie znam środowiska bardziej toksycznego niż jeździeckie. Znalezienie przyjaciół wśród koniarzy graniczy z cudem. Mało jest osób, które nie obrobią Ci dupy, kiedy tylko się odwrócisz; mało jest takich, którzy Ci pomogą - wręcz przeciwnie, będą się cieszyć z każdego Twojego problemu, bo wtedy oni brylują; mało jest też takich, którzy nie będą knuć intryg za Twoimi plecami. Niestety, większość osób jest dwulicowa, zarozumiała, ma długie języki.
Oczywiście, to się nie tyczy wszystkich. Te wakacje pokazały mi, że można jeszcze spotkać w "branży" kogoś wartościowego.
Ale wciąż. Czuję, że zmarnowałam parę lat życia bawiąc się w coś, co powinno sprawiać mi przyjemność, a zawsze kończyło się nerwami, smutkiem... Chcę mi się śmiać, że przez taki szmat czasu próbowałam zaskarbić sobie sympatię osób, które okazały się fałszywe do szpiku kości.
Naprawdę. W każdej stajni (betonowe baraki też doń zaliczam, choć może nie powinnam - chcę to wymazać z pamięci jak najprędzej) w mojej okolicy dzieje się mega kwas. Bez wyjątku.
Tym bardziej z chęcią wyjeżdżam 