Spacerując zawsze liczę kroki. Paradoksalnie, im dalej dojdę robiąc duże kroki, tym czuję się lepiej, choć nie opuszczam ani milimetra przebytej drogi, która zasługuje na uwagę. Jednak w życiu zrobiłam zdecydowanie więcej kroków, a milion z nich wcale nie pchnęło mnie do przodu, lecz na boki, a nawet w tył. Żal po zmarnowanym czasie pozostał, zarówno jak po straconych uniesieniach, możliwościach. Nie lubię się zatrzymywać, lecz coraz mniej ufam moim stopom. Stoję, bo każdy krok wydaje się być prowadzącym do zatracenia. Do zatracenia, które w żadnym stopniu nie ma w sobie korzystnych dla mnie skutków.
Nie lubię też skrzyżowań. Zły kierunek prowadzi do zguby, a przecież nie zawrócę, nie pójdę tą samą drogą. Stoję, myślę i decyduję, choć żadna decyzja nie jest warta łez, rozczarowania, czy choćby zgrzytu zębami.
I znowu się zatrzymuję i nie wiem, co dalej.