|
2012/05/30
|
||||||||||
|
||||||||||
|
||||||||||
Wiecie jaki jest problem? Ciagle chodze najebana/zjarana, wygladam zle, zle sie zachowuje, w dupie mam wszystko i wszystkich. Chodzi tylko o to zebym JA byla zadowolona i zebym robila rzeczy ktore JA chce robic. Mowie co chce, zachowuje sie jak chce, szufladkuje ludzi jak mi sie podoba. Najwazniejsze jest doczekac sie weekendu zeby zobaczyc sie z Neasdenem, Greenfordem, Hounslow, Bounds Green i innymi gownami. Poznaje chlopakow robie co JA chce. Rozbieram sie, caluje, jestem blisko, szaleje, wale shoty. TO jest co ja robie. Kazdy ma wyjebane w Kaje. Jak sie zakochuja to na gora 1tyg/2tyg i JEST ZEJEBISCIE - TAK POWINNO BYC. Tak Kaja sie bawi. Nogi, cycki, usta, bliskos... A na drugi dzien wspomnienia. I Kaji sie w chuj podoba. Bo Kaja nie wie jak sie zachowac przy chlopakach. Kaja to taka osobka 'Fuck you all'. Taka ktora zakochuje sie, odkochuje... Normalka. A teraz ktos mnie zaprasza... Do restauracji. Ja pierdole? HELP!? Co ja bede robic!? Z Wiktorem zawsze odpierdalalismy, bilismy sie, smielismy sie, wychodzilismy gdzie chcielismy a teraz zostalam gdzies zaproszona. Niby no big deal, yes? Ale kurwa... Przeciez ja bede outcast... Co ja bede tam robila? Nie moja rzecz. Wolala bym isc na impreze, do wesolego miasteczka lub nie wiem, do kogos do domu. A teraz kurwa resturacja jakas w centrum Londynu. UMIERAM. Lubie tak jak jest. Lubie tego chlopaka ktory mnie zaprosil... Ale wiecie jak jest jak nie jest sie w swoim towarzystwie/miejscu. Wszystko jest inne. Ehh. Pierdole.
Chyba jestem inna; i to w nie najlepszym znaczeniu.