Był po prostu jak antrakt między pierwszym a drugim aktem opery. Ona wtedy wypiłaby najlepszego szampana, jakiego mają w barze. On miał być jak ten szampan. Tylko na przerwę. Miał uderzyć do głowy. Miał smakować i miał wywołać ten rausz na następny akt. Aby muzyka była jeszcze piękniejsza. Jakub był taki. Jak najlepszy i najdroższy w barze szampan. Oszołomił ją. Potem miała być jeszcze druga przerwa. A potem koncert miał się skończyć, i szampan też. Ale tak nie było. Po raz pierwszy w życiu z całej opery najlepiej zapamiętałam przerwę między pierwszym i drugim aktem. Ta przerwa tak naprawdę nigdy się nie skończyła. Zdałam sobie z tego sprawę dzisiaj rano w tym pokoju. Głównie dzięki zmysłom wyostrzonym czwartym dniem głodówki i czwartej szklance wody. Zdała sobie sprawę, że chciałaby aby to słyszał każdego dnia, nie tylko dzisiaj. Aby wiedział, że ona tak mocno kocha.