Tak sobie siedzę, mam nawet za dużo wolnego czasu, za oknem nawet całkiem ładnie, ale w telewizji Roland Garros. Azarenka się męczy, właśnie zaliczyła mini breaka na swoją niekorzyść, ale jakoś niespecjalnie mi przykro w związku z tym. Davydenko przegrał seta, w związku z czym natomiast jest mi już trochę smutno. Zerkam sobie na Hewitta, ktry gra dziwnie. Dużo przełamań, mógł już być set dla Lleytona, ale nie ma, jest za to niezbyt ładne 5:5.
Wczoraj nie było źle, delPo gra dalej, Venus gra i Stan też, choć męczył się biedak niesamowicie. Mam nadzieję, że podczas kolejnego meczu będzie się już czuł zdecydowanie lepiej. Andy natomiast przegrał, jest mi cholernie przykro, bo liczyłam chociaż na mecz z Rogerem. I lost a match to a guy who played better than I did & I made a choice. I played. Im fine. I lost. - przeczytałam to i zrobiło mi się jeszcze cholerniej przykro. Czasem mam wrażenie, że za późno pokochałam tenis, że dużo straciłam. Hewitt, niech Cię szlag, zaraz przegrasz seta! Hmm, Brianti prowadzi 1-0, hell yeah!
Właściwie myslę ostatnio prawie wyłącznie o Wimbledonie, wczoraj na przykład, oglądając Anioły i Demony, łapię się na tym, że właściwie nie wiem, co się dzieje, bo w istocie cykam setki zdjęć na Korcie Centralnym albo spaceruję londyńskimi uliczkami.
Kupuję aparat, chcę mieć to już za sobą, bo zwariuję!
Brianti zaraz przełamie Azarenkę w drugim secie, Kavcic pomaga Roddickowi Hewittowi, dzięki, człowieku! Bardzo pomaga, co za szlachetny człowiek! Azarenka ma chyba kłopoty, 0-1 dla Włoszki. Fajny Hewitt, będzie tie-break! Świetnie, przegrał go.
Okej, przyszła babcia, niechcący odłączyłam nagrywarkę, zniknął Hewitt i bałam się, że skreczował, przerzuciłam się na Azarenkę (jak można przegrać seta 6-4 prowadząc 0-4?!), jakiś czas później mocno zaskoczona odkryłam, że Roger już gra i prowadzi 4-2, w panice przerzuciłam się na Eurosport 2 i zanim pojawił się mecz, zdążyłam porządnie zmieszać z błotem kanał, w którym reklamy są ważniejsze od gry. Dziwnie się czułam oglądając Rogera, ale nic to nowego, ponieważ zawsze dziwnie się czuję oglądając jego mecze. Dziwne te wszystkie auty, ale Roger taki kochany, że jakoś nie mogę się denerwować. Milion piłek meczowych zawsze spoko <ok>. Łukaszek wygrał, Lleyton gra dalej i wciąż uparcie nazywam go Andy'm. Przegrywa już 2-5, nie lubię. Nalbandian przegrywa już prawie 2-1 w setach, dziwne to wszystko. Sasasa, Hewitt 3-5! Nalbandian przegrał 6-4, Hewitt 30-30. 30-40! Matchpoint, shit. Iiiiiiii Hewitt a aut, this is the end. Shitshitshit.
Chyba pora na wnioski, bo wypadałoby ruszyć tyłek na pocztę. Wniosek jest więc taki, że zaczął się Roland Garros, a ja nie mam życia poza Paryżem.