Dziś mało optymistycznie, niekolorowo i tak w zasadzie to do dupy... Czasem mam wrażenie, a dziś przypada ten czas, że to nie moje życie, którym żyję, że to wszystko kupy się nie trzyma... Bo czy to tak wiele, chcieć szczęścia? A tu co dzień dupa jak księżyc w nowiu...
Czasem modlą się o śmierć, żeby to wszystko się w reszcie skończyło. Ta farsa zwana moim życiem.
Bo choć człowiek ma przyjaciół, tych takich dobrych, serdecznych, najlepszych i niby nie jest sam, to jednak prawda jest taka, że w zmaganiu się z własnym życiem jesteśmy sami i samotni. Bo nikt za nas tego życia nie przeżyje. A jeśli życie to w zasadzie pasmo porażek, klęsk i niepowodzeń, skoro w nim więcej szarości i czerni, no to cóż - nie jest fajnie ani kolorowo. W takich chwilach prawdą jest przysłowie-żart: "Życie jest jak papier toaletowy - szare, nudne i do dupy..."
Zapytacie: co się stało? Nic. Nic wielkiego. Ale przecież nawet najmniejsza kropla może przeważyć czarę goryczy. I po ptakach...
Powiecie: przecież widzieliśmy się godzinę, dwie temu i nic nie było widać, żeby coś było nie tak!
A bo jedyne co mi jako tao wychodzi to grać swoją durną rolę w tej całej farsie. Tak, żeby nie było widać...
I najgorsze w tym wszystkim jest to, że dziś lekko odleję tej goryczy z mojej czary, ból uśmierzę chmielocyliną i jutro abarot od nowa: akt pierwszy, scena pierwsza: klaun wychodzi na scenę.
Ehhh, pięknie śpiewała Edyta Geppert. Tak prawdziwie...