Kocioł zaczął się od nowa (co za sadysta w nim miesaa, do cholery?!), bieganie po wykładowcach, proszenie się ze swego uniżonego miejsca, patrzenie potulnie w ich wszechwiedzące oczy i zdobywanie fragmentów ich ciał do voo-doo (czy jak to się tam pisze...). Otóż pierwszy dzień semestru letniego zaczął się wspaniałym słońcem, po którym nie ma już ani śladu (pomimo odwołanego już stanu alarmowego we Wro - nas prasa nie zmyli, my mijamy Odrę codziennie i cdziennie jest jakby bliżej...), dalej może być już tylko gorzej, aż do samej 17, gdy to wrócę zrezygnowana i wkurwiona do domu. Oh yeah...