Biednej mnie wydawało się kiedyś, że kogoś kocham. I że jest to najpotężniejsze, najpiękniejsze i najgłębsze uczucie, na jakie mnie stać. Nic bardziej mylnego.
Wypełnia mnie coś, czego nie potrafię zdefiniować. Nie znam słowa, które wyraża taki stan, nigdy o nim nie słyszałam i nie wierzę w jego istnienie, więc już nie szukam. "Kocham" w tej sytuacji jest puste i w stosunku do tego, co chciałabym powiedzieć, nie mówi nic. To jakby żyło we mnie nieskończenie wiele barw, tych najbardziej pospolitych i takich, których nie potrafię sobie wyobrazić, a jednak jestem pewna, że mam je w sobie. Często czytając wiersz albo słuchając piosenki utożsamiamy się z tym, co mówi autor. Cieszymy się, że ktoś ubrał w słowa nasze własne emocje, bo wiemy, że nigdy nie umielibyśmy ich uporządkować. Słucham najpiękniejszych piosenek, zapętlam je próbując odnaleźć jeszcze więcej sensu między wierszami, ale to wciąż za mało. Może muzyce udaje się grać w rytm pulsowania mojej krwi, to jednak niczego nie nazywa. Widzę tyle dobra w każdym milimetrze skóry, widzę je w powietrzu między nami i podejrzewam, że ujrzenie tego, co jest w środku, musiałoby trwać tysiąc lat. W związku z tym, że oczekuję wieczności w takim stanie, tysiąc lat to wcale nie dużo. Jeszcze zdążę się przyjrzeć.
It's just safer to keep you in this heart of mine.