|
2012/05/07
|
||||||||||
|
||||||||||
|
||||||||||
Bobo pojechało do Giżycka. Hłehłe, historia dosyć długa i zajebista. Oprócz tego zakrapiana ogromną ilością alkoholu.
Tuesday, party.
Wednesday, party.
Thursday, party.
Friday, party.
Weekend, weekend, weekend, party.
Wtorek: (omg to się wydaje tak dawno) Całkiem przyjemny grill - chillout. Co tam, że najebani śpiewają "adżustłonamejkjuSWETR" i sikają za garażami. Wszystko zawsze spoko! A nie zapomniajmy o kradzionym piwie na Dalbie i na osom wieży, hłehłe.
Środa: Po co trzeźwieć, skoro jest kokodżambo :) i metal o 10.30 na Twierdzy Boyen. Zawsze spoko jak to mówią.
Smażing, leżing, plażing i takie tam, aż tu nagle piwo w Kajucie. Wszystko normalnie, tylko nagle jakiś ziomek się przysiada z wódeczką, zapojką, paierosami, piwem i FRYTKAMI. Trolololo i weź się tu człowieku nie uciesz i nie poudawaj studentki prawa na drugim roku z Białegostoku.
Czwartek: Murzynienie się poziom hard. A wieczorem wino na Dalbie - świeczka, kieliszki, połamany korkociąg i "Jesteście dziewicami?"
Piątek: Murzyn max. Dobry koncert w ciasnym barze, najzajebistsze piwo na świecie i chleb ze smalcem <3. I znowu Dalba? Następnie Kajuta i szanty! <3
Sobota + Niedziela: Łał. Po co spać jak można pić i wyrywać dupy na cycki.
Bez komentarza :)
No i tak fajna majówka-melanżówka, dawno tak fajnie nie było :3.