- Załóż swojego fotobloga!zarejestruj|
- dyskutuj na forum|
- zaloguj
|
2012/01/24
|
|||||||||||||||||
|
|||||||||||||||||
|
|||||||||||||||||
Nie czuję tego. Nie wiem co się dzieje. Nagle jak widzę, że wszystko jest przede mną i czeka na otwartej dłoni zaczynam się zastanawiać czy tak naprawdę potrzebuję miłości, piękna, uznania, przyjaciół, czegokolwiek. Czuję się jak starzec, który przeżył już swoje i wspominając wczoraj nie ma już nadziei na jutro. Ostatnio często przechodzą przeze mnie takie myśli. Potem myślę o samobójstwie, ale nie dlatego, że mi smutno i źle, a dlatego, że nie umiem się cieszyć życiem i nie oczekuję od niego zbyt wiele. To przytłaczające uczucie... jakbym wiedziała czego mam się spodziewać przez każdy dzień do końca mojego życia. Nie wiem, to prawda i nie wiele też przeżyłam patrząc z perspektywy mojego wieku, ale czego mogę jeszcze chcieć? Gdy zadaję sobie to pytanie czuję się pusto i robi mi się smutno, że do niczego mnie nie ciągnie. Jestem już tak obojętna, że chyba jestem chora psychicznie. To już nie zaburzenia emocjonalne, z którymi żyję 18 lat, a potologia umysłowa. Jestem świrem. Zużyłam pokłady swoich emocji na facetów, na przyjaciół, strach i nienawiść. I co? Zwisają mi ludzie gorszego pokroju, lepszego tym bardziej, chociaż wcale nie uwarzam się za bezmózgą kretynkę, która za wszelką cenę chce pokazać, że jest nieogarnięta i głupiutka. Jestem mądra i inteligentna, ale wyczerpałam pokłady swojej chęci do walki. Co z tego, że myślę logiczniej niż jakaś część Was? Co z tego, że mam od Was większą wiedzę na wiele tematów? Co z tego za satysfakcja, gdy Wy nie musicie brnąć w rozwój umysłowi by być szczęśliwymi. Nie rozumiem tylko skąd u ludzi biorą się takie odczucia.