cholera.
znów człowiek robi wszystko, byle tylko nie wziąć się za rzeczy, które mialy być zrobione na tydzień temu. albo dwa. miesiąc ?
chyba już dawno straciłam rozeznanie w tym całym świecie. w tym na zewnątrz. i tym w środku też. na dobrą sprawę zatraciłam nawet to całe rozgraniczenie, a jedynym namacalnym wyznacznikiem stały się chłodne, brudzące dłonie i ubrania przy każdym otarciu się cegły w jeszcze zimniejszym murze. a ten dzielnie wzrasta. zwłaszcza teraz i na przestrzeni minionych dni, tygodni.
myślę, że da się z tego urządzić całkiem przytulną i bezpieczną samotnię, do której żadną siłą nikt mi się nie wedrze. oczywiście, że nie. bo jak ? przecież nie ma tutaj miejsca na drzwi i okna. a dach będzie zbyt wysoko, by się na niego dostać z zewnątrz.
za to ja będę mogła z niego obserwować gwiazdy. z dala od ulicznych lamp i miejskiego zgiełku. to będzie coś cudownego.
i muzyka. bardzo dużo muzyki.
i wtedy będę mogła już umrzeć.
ze szczęścia.
z obłędu.
z nadmiaru myśli.
z pustki.
z wewnętrznej harmonii.
i samotności.