Otóz w niedziele mialam zabukowane studio do martwej natury. Zdjecia powinny byc wykonane aparatem Mamiya, ktorego ja wczesniej w reku nie mialam. Ale w szafce mial byc manual no i profesor pokazal nam ktotki instruktaz o tym jak zaladowac film w ciagu 2 minut.
Pelna wiary poszla zatem do studia z kolega Marcinem. Jak tylko wzielam aparat do reki, otworzylam jego tylna czesc i ...nie mialam pojecia jak ja zamknac! Nikt z 5 osob obecnych na miejscu nie mial. Przez pol godziny probowalismy z kolega Marcinem rozpracowac manual i aparat, przy okazji otwierajac drugi, taki sam. W koncu odkrylam dwa mikroskopijne przyciski, ktore uwalnialy 'LOCK' i zamknelismy te pudla! Czas na wlozenie filmu - tym razem otworzylismy odpowiednia czesc aparatu i zaladowalismy film wedlug instruktaza. No wiec zabieramy sie do zdjec! Alez co to? kabel do flesza okazal sie zepsuty!..A bez flesza nie ma jak.
Tak wiec zostala mi tylko cyfrowka, z bezprzewodowym fleszem (ten nie pasowal do wiekowej Mamiya) i poreczny srednioformatowy aparat, wczesniej wypozyczony i zaladowany, z ktorym owy flasz tez dzialal. A wiec nie jest tak zle:) Tyle, ze swiatlo- meter nie dzial bez owego popsutego kabelka, a wiec niemal wszystkie zdjecia wyszly 'overexposed'....
Oto jedno z tych lepszych:)