Ostatnio jestem zabiegana, zapracowana, przemęczona, zestresowana, przeziębiona. A dzisiaj to już makabra była, doprawiłam się do końca. Jak nie dostanę zapalenia płuc, anginy czy innego świństwa to będzie dobrze. Wstałam o 6, ogarnęłam się. Napadał śnieg. Niby temperatura wyższa niż przez ostatnie dni, bo około minus 10, ale teraz jest wyższa wilgotność, więc odczucia nie są zbyt przyjemne. Autobus 07:40. Spóźniony 10 minut. Normalnie przejazd z Lubonia na Dębiec zajmuje mi 15 minut. Tym razem trwało to minut 50. Coraz bardziej nie lubię tu mieszkać. W Poznaniu jeszcze przesiadka na tramwaj i autobus. Na praktyki przybyłam spóźniona 20 minut, a zazwyczaj jestem 30 minut przed czasem. Dziś pracowałam wyjątkowo długo. Do tego złe zamopoczucie, rozkładająca mnie choroba, ból głowy, brzucha, głód. Po pracy zjadłam drugie śniadanie, o 13, czyli 6 godzin nic nie jadłam. Następnie autobus, tramwaj, długi dystans pieszo. Byłam w przedszkolu specjalnym, załatwiłam sobie praktyki pediatryczne. Będę zajmować się dziećmi niepełnosprawnymi umysłowo i fizycznie. Potem znowu długo pieszo, tramwaj, długo pieszo. Spotkałam się z Balą, pobyłam u niej kilkanaście minut, pogadałyśmy. Wyszłyśmy i zrobiłyśmy długi spacer przez miasto, po drodze do sklepu z farbami do włosów, ona poszła do lekarza, a ja zmierzałam również do lekarza, ale innego, w celu podbicia książeczki sanepidowskiej. Długi spacer, tramwaj, szukanie chaty tego gościa. Znalazłam, zadzwoniłam do niego, że już jestem, a on mi mówi, że będzie za godzinę. Mogłam jechać do domu, ale tak czy siak musiałam załatwić te papiery, więc skoro już tam dotarłam to postanowiłam przeczekać. Stwierdziłam, że ugrzeję się w Mc. Poszłam na tramwaj. Coś sie zjebało, więc poszłam pieszo, długi dystans. Na miejsu okazało się, że jest od chuja ludzi i ni chuja miejsca. Poszłam więc jeszcze dalej - na dworzec PKP. Zajrzałam do KFC, ale tam też napchane ludźmi, więc poszłam do jakiegoś baru. Wzięłam sobie kawałek pizzy i herbatę. miałam zapłacić 7zł, dałam 10zł, a kolo oddał mi 13zł, więc sobie zjadłam za darmo :P W końcu zadzwonił do mnie lekarz, że już dotarł. Więc wpakowałam się w tramwaj i dojechałam do niego. Załatwiłam co miałam. By dotrzeć na Dębiec musiałam jechać trzema tramwajami. Na miejscu okazało się, że autobus do Lubonia mam za 30 minut. Z racji tego, że byłam zmęczona, spocona, zziębnięta, chora, a kolor ryja zlewał mi się z bordowymi włosami, postanowiłam wrócić taksówką. A to zdarza mi się bardzo rzadko, w sytuacjach kryzysowych, gdyż nie preferuję wydawania pieniędzy od tak sobie. Telefon rozładował mi się z zimna. W domu byłam około 18. Cały dzień latania po mrozie. Jestem totalnie wyjebana. Pocieszałam się faktem, że wieczorem przyjedzie do mnie Stachu i mnie utuli. Standardowo się ogolołam, wypindrzyłam, nawet jebłam sobie dwa, słitaśne warkoczyki. Ale skoro on coś tak oczywistego jak fundusze na wyjazd zostawia na ostatnią chwilę to nie dziwota, że plany poszły się jebać. Jest dopiero po 19, zaraz idę spać, umieram.
kaskajolka
- 09/02/2012 19:23:15